Jak powstają słowa. Fiakier i dorożka

Co łączy fiakra z hemoroidami i syfilisem? Czy fiakier i dorożka oznaczają dokładnie to samo?

Zdjęcie: Jacek Halicki, Fiakier w Lądku-Zdroju
/ Wikimedia Commons , lic. CC

„Fiakier” to irlandzkie imię pochodzenia celtyckiego, które oznacza ‘króla, wodza w bitwie’. Kiedyś było ono w Irlandii bardzo popularne; jedna z legend przypisuje je założycielowi dynastii królów Munsteru [1].

W wykazach świętych Kościoła istnieje jeden św. Fiakier – pustelnik z Brie, który zmarł ok. 670 r. Przy swojej pustelni leczył mężczyzn z hemoroidów, które nawet nazywano „chorobą św. Fiakra”. W Alzacji uchodził za orędownika chorych na… syfilis [1]; potem za patrona obrali go ogrodnicy.

W Paryżu przy ul. Saint-Antoine (wg [7] była to ulica St. Martin) stała skromna oberża, której ścianę zdobił wizerunek św. Fiakra. Przed tym zajazdem od roku 1640 stały kolasy do wynajęcia, rzecz ówcześnie nowa, po 10 soli* (sous) za godzinę [7] i na ich drzwiczkach widniały obrazki świętego. Nie wiadomo, czy wierzono, że będą one strzec woźniców od wypadków, czy miały znaczenie organizacyjne, ale właśnie stąd powstała nazwa fiakier, oznaczająca ‘dorożkę’ (czy na pewno?) bądź ‘dorożkarza’.

Właśnie – „dorożka”! Dorożka to wg M. Czumy [3] wynalazek rosyjski. W początku XIX w. w Petersburgu zorganizowano komunikację publiczną w taki sposób, że pojazdy konne poruszały się po z góry wytyczonych trasach – дорожка [dorożka] to po polsku ‘dróżka, trasa’ – których odcinki były staryfikowane. Od tego systemu dla pojazdów konnych komunikacji publicznej w Rosji przyjęła się nazwa dorożka, która przeszła do Warszawy, a w drugiej połowie XX w. wyparła fiakra nawet z Krakowa. Ale mimo nazwy polskie (a więc i warszawskie) dorożki zawsze były fiakrami, bo jeździły po dowolnych trasach, a od powozów petersburskich wzięły tylko nazwę.

Szkoda, że tej barwnej etymologii autorstwa M. Czumy nie potwierdzają źródła rosyjskie – dorożka to po rosyjsku дрожки [drożki]. Tak jest na pewno dziś [5], jednakowoż piszący o tym w 1839 r. de Custine** upiera się, że słowo to brzmi „дрожка [drożka], jak w Warszawie bryczka” [6]. Sto dziewięć lat później pochodzący z Warszawy K.I. Gałczyński napisał Zaczarowaną dorożkę, mimo że natchnieniem dla poety był mówiący wierszem krakowski fiakier Jan Kaczara [4].

Obecnie fiakier uchodzi za słowo przestarzałe, podobnie jak zawód dorożkarza, choć jeszcze w połowie XX w. postój taksówek był w Poznaniu oznaczony tabliczką: „Postój dorożek samochodowych”. Dziś życie pogodziło warszawiaków z krakusami – nie ma ani dorożek, ani fiakrów; zastąpiły ich taksówki. Stało się tak, jak napisał K. I. Gałczyński [8]:

…wszystko znika na amen
in saecula saeculorum:
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.

To teraz czekamy, aż znikną hemoroidy i syfilis.

– Tomasz Marek

* Była to równowartość połowy dniówki mężczyzny – pracownika niewykwalifikowanego [9].
** Astolphe-Louis-Léonor, Marquis de Custine, francuski arystokrata, podróżnik i pisarz. Autor zapisków Rosja w 1839 roku [6]. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Czy wiesz, że… Ciekawostki językowe (53)

W wielu gwarach forma bezokolicznikowa czasu
przyszłego złożonego (ktoś będzie robić) dotyczy kobiet,
forma osobowa zaś (ktoś będzie robił) – mężczyzn.

W tym miesiącu ciekawostki w ten lub inny sposób odnoszą się do gwar czy znaczeń lokalnych. Przygotował je Tomasz Marek.

1.
Czy wiesz, że…

mazurzenie (gwarowa wymowa małopolska i mazurska, dziś najbardziej znana z gwary góralskiej) nie dotyczy rz? Dlaczego Górale (a przedtem Mazurzy i Małopolanie), którzy zamiast sz, ż, cz i wymawiają odpowiednio [s], [z], [c], [dz] (np. syja, mozes, cekać, jezdzę), wyrazy z rz (np. rzemyk, rzepa, pokrziwiony), wymawiają – inaczej niż nieudolni imitatorzy – bez seplenienia? Otóż jest tak dlatego, że rz miało kiedyś wyrażać w zapisie mękkie r, a później, po XIV w., było wymawiane jako [rż].
za: Artur Czesak, IJP PAN, Kraków

2.
Czy wiesz, że…

w wielu gwarach (wg prof. Bańki przenosi się to na nasz uzus) forma bezokolicznikowa czasu przyszłego złożonego (ktoś będzie robić) dotyczy kobiet, forma osobowa zaś (ktoś będzie robił) – mężczyzn? Zacytuję źródło (K. Nitsch, Język Polski, 1956, zeszyt 3): „[…] chłopak będzie robił, będzie niósł, wół będzie pił, koń będzie żarł lub chlał, natomiast baba będzie prać, gadać, warzyć, krowa będzie jeść, […]. Usłyszany zwrot »jutro będzie orać«, wywołuje zdziwienie: »Jakto baba? Przecie baba nie orze!«”.

3.
Czy wiesz, że…

opowieść, że Warszawa pochodzi od Warsa i Sawy, jest bajką? Pierwotna nazwa naszej stolicy to Warszewa. Pochodzi od imienia Wrocisław, który w wariancie północnopolskim brzmiał Warcisław. Skróceniem od Warcisława był Warsz. Stąd nazwa stolicy – Warszewa. Jeszcze Jan Kochanowski pisał fraszki Na most warszewski, a Sebastian Klonowic pod koniec XVI wieku pisał o flisakach zbliżających się do Warszewy. Jednak na przełomie XVI/XVII wieku Mazowszanie, a więc i warszawiacy, zorientowali się, że cała Polska mówi: rak, jabłko, wiadro, a nie jak na Mazowszu: rek, jepko, wiedro. Tak przejęli się swoją odrębnością, że wraz ze zmianą form gwarowych zamienili całkowicie poprawną Warszewę na Warszawę. I ta stała się normą. Ślad pierwotnego e zachowuje do dziś mała miejscowość tuż pod Warszawą Warszewka.
za: prof. Jan Miodek dla „Gazety Wrocławskiej”

4.
Czy wiesz, że…

Praga (może czeska, na pewno podwarszawska) ma swój źródłosłów w pragnieniu? Takim zwykłym, napojami gaszonym. Pragnienie zaś wywodzi się od prażenia, czyli przypiekania (przez skwar, upał, który także pragą zwano). Pragę ilustruje krakowska anegdota z XVII w.:
„Pewien szlachetka z magnatem założył się, że co on do jedzenia poda, to tamtego na napitek do tegoż stać nie będzie. I rzeczywiście – szlachetka dał na stół śledzie i solone ryby, ile ich w Krakowie mógł dostać, a magnat beczułkę węgrzyna. Dopieroż kiedy przyszło pragę ową gasić, beczka bokami robi, lecz węgrzyna nie skąpi”.
za: A. Brückner, Język Wacława Potockiego…

Zaszufladkowano do kategorii Ciekawostki językowe | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kłopoty z około

W dyskusji na temat tekstu Błędy wskazywane w dawniejszych i współczesnych opracowaniach poprawnościowych okazało się, że około to bardzo kłopotliwy wyraz. Wydaje się, że pierwszy zauważył to prof. Bańko [bań1], ale kłopoty nie zrodziły się same – zainicjowały je swymi błędnymi [jag1] [bań1] [bań2] [kdm] uwagami SPP, NSPP i WSPP. Ten artykuł ma ambicję problemy z około zaprezentować przekrojowo.

Pierwszy kłopot z około to próba zaklasyfikowania tego wyrazu do części mowy. I tak [jag2] [kdm] każdy z dziewięciu językoznawców, których klasyfikację udało mi się poznać, nazywa około inaczej: partykułą ograniczającą, modulantem sytuującym, partykułoprzysłówkiem, partykułą, przyliczebnikiem, operatorem adnumeratywnym, homonimicznym przyimkiem, przyimkiem. Wiele wskazuje na to, że kwalifikacje te można w uproszczeniu sprowadzić do partykuły i przyimka [bań2], [jag1]. Problem nie leży w nazwie, ale w skutkach tej klasyfikacji dla gramatyki wypowiedzeń zawierających około.

Drugi kłopot stwarza wymieniona wyżej homonimia (homonimy – wyrazy tak samo zapisywane bądź/i wymawiane, ale o różnym znaczeniu): około ma znaczenie A czysto przyimkowe, stosowane w staropolszczyźnie i obecnie wygasające, np.:

Siedzieli około stołu.
Stajenni mają staranie około koni kopalnianych.

znaczenie B o dyskusyjnej [kdm] kwalifikacji gramatycznej, np.:

Przyjadę około Wielkanocy,

oraz znaczenie C, gdy około zaklasyfikowano jako partykułę (z uwagami jw. w kłopocie pierwszym), np.:

Używanie pasów uratuje życie około stu osobom rocznie.

Wprawdzie większość językoznawców wciąż uważa, że gdy około towarzyszy czasownikom w dopełniaczu, to jest przyimkiem, a gdy innemu ich przypadkowi, to staje się partykułą (poza prof. Markowskim, który w ogóle neguje taką możliwość!), ale prof. Bańko godzi tę trudność klasyfikacyjną (i moim zdaniem logiczną) stwierdzeniem, że to i tak nie ma znaczenia, bo skutek jest taki sam (patrz wnioski).

Trzecim kłopotem jest przypadek liczebnika i rzeczownika, których dotyczy około.

Nie ulega wątpliwości, że staropolskie przyimkowe około (znaczenie A: około stołu) ma rząd dopełniaczowy. W ślad za tym kilku językoznawców, wbrew oczywistym przykładom z języka, również literackiego, upiera się, że około w każdej wersji (ba, wielu nie dostrzega, że istnieje kilka wersji homonimicznych tego wyrazu!) ma rząd dopełniaczowy. Co gorsza, błąd ten popełniono w popularnych słownikach pod red. prof. Markowskiego (NSPP i WSPP) i stąd jest on powielany przez polonistów i korektorów.

Uporządkujmy więc sprawę przypadka, którym rządzi (lub – jak się okaże za chwilę – nie rządzi) około. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Baza informacji | Otagowano , , , , | 1 komentarz

janusze, nie Janusze!

januszowy wykrzyknik; uwaga: Jam nie Janusz!

Rozpoczynanie tytułu od małej litery jest na tej stronie absolutnym wyjątkiem; czynię to tutaj dla zobrazowania, jak ważny jest to temat: nie obrażajmy ludzi o imieniu Janusz, janusze niekoniecznie są Januszami (a nawet statystycznie nazywają się tak stosunkowo rzadko).

Określenie janusz zyskało popularność w ostatnich latach i – najkrócej mówiąc – oznacza ono tyle, co: ‘ignorant, dyletant, uosobienie obciachu’.

W 2016 r. zostało zgłoszone do pewuenowskiego konkursu na Młodzieżowe słowo roku i w związku z tym na stronach PWN znajdujemy nieco szersze omówienie:

Sformułowanie określające prymitywne zachowanie; (…) ukazuje małomiasteczkowość, ignorancję oraz święte przekonanie, że „ja wiem lepiej”.

(…) Janusz to także „ignorant” w szerszym znaczeniu, np. „janusze biznesu”. Nie wiemy, dlaczego akurat to imię zyskało takie znaczenie wtórne. Wszyscy Januszowie (dla opisywanego tu znaczenia negatywnego zachowajmy małą literę i liczbę mnogą na -e) muszą cierpliwie przeczekać, tak jak niegdyś Józefowie (użycie ironiczne formy Ziutek) i Czesławowie (Czesiek).

Bodaj najczęściej spotykanymi (choć to pewnie się już zmienia) januszamijanusze biznesu, których to jeden z serwisów definiuje jako:

Wyjątkowy typ przedsiębiorcy, który wie wszystko najlepiej i sądzi, że dorobi się kokosów.

Niestety mało gdzie (także zbyt mało wyraźnie pod przytoczonym linkiem z PWN, gdy weźmiemy pod uwagę cały tekst) wskazuje się na to, że w takim znaczeniu wyraz ten piszemy małą literą. Nie chodzi bowiem o konkretne imię, ale o cechy charakteru. Miłym wyjątkiem jest tutaj artykuł z Dziennika Zachodniego, w którym czytamy:

Warto zaznaczyć, że „janusz” jako określenie cech innych ludzi piszemy małą literą, a w liczbie mnogiej z końcówką „e”.

Żeńskim odpowiednikiem „janusza” jest „grażynka, czyli nie grzesząca inteligencją, lubująca się w zakupach i plotkach życiowa partnerka „janusza”. Z kolei młodych ludzi często określa się mianem „seba”, „sebix” lub po prostu „sebastian”, który jest ogolony na łyso lub krótko i spędza dzień włócząc się po osiedlu z kolegami.

Tak więc choć janusz pochodzi od Janusza (może nawet gdzieś kiedyś jakiegoś konkretnego), to nie jest to ten sam wyraz. Od popularnego dawniej imienia nie tylko inaczej ten wyraz odmieniamy (Januszowie, ale janusze; Januszów, ale januszy), ale też zapisujemy go małą literą.

I na koniec, dla wzmocnienia jeszcze argumentu za absurdalnością pisowni januszów wielką literą, trochę prywaty, nieco z przymrużeniem oka. Mam znajomego informatyka o imieniu Janusz, który jest tak świetny w swoim fachu, że gdyby tak od niego brać określenie Janusz, musiałoby ono oznaczać wyjątkowego profesjonalistę, specjalistę w swojej dziedzinie.

Wszyscy Januszowie (…) muszą cierpliwie przeczekać, tak jak niegdyś Józefowie (użycie ironiczne formy Ziutek) i Czesławowie (Czesiek)

– czytamy w przytoczonej już wypowiedzi ze strony PWN. Ale jeśli będziemy pisać janusze, a nie Janusze to właściwie na co musieliby czekać, skoro nie jest to już ten sam wyraz?

– Paweł Pomianek

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , , | 5 komentarzy

Przyczynek do „Witam!” inicjującego e-mail

Tomasz Marek ●

Poniższą analizę przeprowadziłem w ramach mojej prywatnej batalii o zalegalizowanie wreszcie i tak rozpowszechnionego w e‑mailach zwrotu inicjacyjnego „Witam!”. Proszę ją traktować jako głos w dyskusji.

Ludziom światłym, znającym historię języka i procesy w nim zachodzące, nie trzeba przypominać o roli literatury w jego kształtowaniu. Źródła pisane są świadectwem, jak się mówi (mówiło) w danym czasie, ale i dzieła – zwłaszcza wiekopomne – kształtują język następnych pokoleń. Każdy pamięta ze szkoły (a niektórzy z tego bloga) przykłady o tym świadczące – słowa bądź zwroty, które lud przejął z literatury. Im szerzej jest znane dzieło, tym jego wpływ na uzus jest większy.

W naszych warunkach najszerzej czytanym (i słuchanym) dziełem literackim jest Biblia, stąd jej wpływ na polskie zwyczaje językowe jest nie do przecenienia. Na szczęście od czasów Jakuba Wujka przekłady Pisma Św. na język polski były i są dokonywane ze szczególną starannością i dbałością nie tylko o treść, ale i formę: frazę i szatę edytorską.

I właśnie w Biblii znajdujemy przykłady na powitalne słowa „Witaj”, „Witajcie”. Są one obecne zarówno w Starym Testamencie (Księga Tobiasza), jak i w Nowym – w ewangeliach, najliczniej u Mateusza.

Oto cytaty z internetowego wydania Biblii Tysiąclecia:

„I powiedział mu [Azariaszowi] Tobiasz: «Witaj i bądź pozdrowiony, bracie! Nie gniewaj się na mnie, bracie, ale chciałem wiedzieć prawdę i poznać twoją rodzinę.” Tb 5, 14.

„Potem Tobiasz podszedł do Sary, żony syna swego Tobiasza, pobłogosławił ją i tak do niej przemówił: «Witaj, w zdrowiu przybywająca córko, niech będzie błogosławiony twój Bóg, który przyprowadził cię do nas.” Tb 11, 14.

„Zaraz też przystąpił do Jezusa, mówiąc: «Witaj Rabbi!», i pocałował Go.” Mt 26, 49.

„A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: «Witajcie!» One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon.” Mt 28, 9.

„Potem podchodzili do Niego i mówili: «Witaj, Królu Żydowski!» I policzkowali Go.” J 19, 3.

Dodam, w że Mt 26, 49 w Biblii Wujka ma postać „Bądź pozdrowion, Rabbi!” , a Mt 28, 9 i J 19, 3 występują u Wujka w postaci tożsamej z BT. Zatem z dwóch ostatnich można wysnuć wniosek o czterystuletnim ugruntowaniu frazy, a zestawiając pierwszy z nich ze znanym pozdrowieniem maryjnym „Bądź pozdrowiona, łaski pełna…” (Łk 1, 28), można się zadumać, czy nie byłyby równouprawnione słowa: „Witaj, łaski pełna”. Jak poprzez różaniec wpłynęłoby to na uzus? Przy okazji: ciekawe, jaki procent Polaków słowa „Zdrowaś Mario” rozumie jako: „Jak zdrówko, Mario?”.

Przytoczone cytowania nie potwierdzają propagowanego poglądu, jakoby „witający” okazywał tym słowem swoją wyższość. Przytoczone cytaty z Nowego Testamentu zadają też kłam wygłaszanym autorytatywnie opiniom, jakoby „witać” mógł gościa wyłącznie gospodarz w swoim domu.

Cytaty z Mateusza są o tyle ciekawe, że można je zestawić z innymi Ewangeliami, w których w analogicznych miejscach występują słowa „Pokój wam!”. A „Pokój wam!”, to izraelskie (żydowskie) „Szalom alejchem!” i arabskie „Salam alejkum!” – powitania rozpowszechnione w obu tych, rzutujących na naszą, kulturach o wielotysiącletniej tradycji.

W świetle autorytetu najbardziej językotwórczej księgi, jaką jest przekład Biblii, niezrozumiała jest niechęć granicząca z nienawiścią, z jaką wypowiadają się o inicjującym korespondencję „Witam!” nasi prominentni językoznawcy. Co powiedzieliby na rozpoczynanie e‑maili do nieznanych (również pod względem płci) osób od „Pokój Wam!”? W końcu, jak twierdzi przy podsumowaniu tego tematu p. prof. M. Marcjanik (Poradnia PWN):

„…omawiany gatunek korespondencji wciąż ewoluuje, co w wypadku naszego problemu oznacza, że stosowane przez Polaków grzecznościowe formy rozpoczynania (również kończenia) listów elektronicznych będą się stabilizować i z używanych obecnie wielu wariantów któreś zwyciężą, a któreś odejdą w zapomnienie”.

To może od razu umówmy się na „Salam alejkum!”?

– Tomasz Marek

Na ten temat zobacz także:
Jak zacząć e-mail?

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , , , | 3 komentarze

Czytamy Mickiewicza

Adam Mickiewicz; Wikipedia, domena publiczna

Autor: Tomasz Marek

Czy Mickiewicz jest nudny? Na pewno szkoła robi wszystko, by tak został przez uczniów zapamiętany. Może te kilka ciekawostek związanych z jego twórczością przełamie sztampę? Może zaskoczy nawet nauczyciela? Może lekcja minie szybciej… i ciekawiej?

1.

Pan Tadeusz. Zaczniemy od Księgi I. Żelazny szkolny temat: „Charakterystyka Telimeny”:

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,
Suknię materyjalną, różową, jedwabną,
Gors wycięty, kołnierzyk z koronek, rękawki
Krótkie; w ręku kręciła wachlarz dla zabawki
(Bo nie było gorąco); wachlarz pozłocisty
Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty;
Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,
W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,
Pośród nich brylant…

Mój ulubiony wydawca lektur, fundacja Nowoczesna Polska, niestety, zawiódł. Wprawdzie wyjaśnia w przypisach znaczenie nierzadkich słów jak gors czy kibić, ale cóż to jest głowa do włosów? Internet na ten temat milczy, ale od czegóż krakowscy językoznawcy sprzed wieku? W Języku Polskim, rocznik III (1916), znalazłem takie wyjaśnienie:

Wyrażenie głowa do włosów jest jednym z prowincjonalizmów Mickiewicza, dotychczas używanym w jego stronach rodzinnych. Oznacza ono ‘ubranie głowy, przy którym włosy nie są zasłonięte’ np. czepeczkiem lub zawojem, lecz co najwyżej ozdobione wplecioną wstążką, jak to właśnie zrobiła Telimena, przywdziawszy tego wieczoru „ubiór galowy”.

Wyrażenie „chodzić we włosach” można spotkać i u Zapolskiej (O czem się nie mówi, 1909). Odzwierciedla ono powszechne wśród ludów indoeuropejskich prawo obyczajowe, że włosy, zwłaszcza rozpuszczone, pokazywać godzi się tylko pannie, nigdy mężatce.

2.

Kontynuujemy lekturę Pana Tadeusza. W Księdze IV (Dyplomatyka i łowy) czytamy legendę powstania Wilna:

…na Ponarskiej Górze,
Przy ognisku myśliwskim, na niedźwiedziej skórze
Leżał [Gedymin], słuchając pieśni mądrego Lizdejki,
A Wilii widokiem i szumem Wilejki
Ukołysany, marzył o wilku żelaznym,
i zbudzony, za bogów rozkazem wyraźnym
Zbudował miasto Wilno…

W Wilnie opowiadają istne bajki o żelaznym wilku (idiom oznaczający ‘niewiarygodne opowieści’), które rozwijają twórczo wzmiankę u Mickiewicza. Tymczasem, idąc tropem podanym przez Brücknera, jest wielce prawdopodobne, że Mickiewicz po prostu chciał powiedzieć, że Gedymin był spragniony i marzył o… pucharze wina. Istniała bowiem tradycja, że gościa niebywałego wilkiem (puchar wilkiem zwany) częstują”. Brückner cytuje (na podstawie rękopisu w Ossolineum):

Wilka dzieci tym, co u mnie nie bywali
Aby pierwszy raz w dom mój przyjazd pamiętali.

Zdjęcie ze zbiorów prywatnych autora. (©)

Pokaźny musiał być ów puchar; taki to i przyśnić się spragnionemu może…

Przy okazji i ja opowiem o żelaznym wilku. W poznańskim starym ZOO stoi naturalnej wielkości „żelazna” (raczej mosiężna!) rzeźba wilka – atrakcja dla berbeci, które zwierza dosiadają. Fotografię na „żelaznym” wilku ma w rodzinnym albumie chyba każdy rodowity poznaniak. Mimo takiej popularności wiek i pochodzenie rzeźby pozostają nieznane; wiadomo tylko, że stała tam już w 1934 r. Możecie ją Państwo obejrzeć na zdjęciu obok – z autorem niniejszego tekstu na grzbiecie. Jest to moja jedyna certyfikowana podobizna na tym blogu.

3.

Mickiewicz lubił (220 użyć) stosować biernik w miejsce narzędnika w konstrukcjach typu:

„te prawdy zapisane w skałę” (zamiast: w skale) – Do doktora S.
„przerżnął się między szable i groty” (zamiast: między szablami i grotami) – Konrad Wallenrod
„…i usiada na łóżko przy nim” (zamiast: na łóżku) – Pan Tadeusz, Księga X.

Krasnowolski w Systematycznej składni języka polskiego (1909 r.) zauważa, że „przy czasownikach typu: postawić, wziąć, siąść, stanąć, lec… – Polak nie pyta się dokąd? lecz gdzie?, gdyż nie zwraca uwagi na ruch zawarty w czynności, lecz na spoczynek, jaki po czynności następuje”. Innymi słowy – nie patrzy na czyn, lecz na skutek. Zatem powie: „położyć na stole” (a nie: na stół), „postawić w kącie” (a nie: w kąt), „siąść na kanapie” (a nie: na kanapę). Stosowanie biernika w tych wyrażeniach jest charakterystyczne dla języków obcych (niemiecki, rosyjski). Zatem Mickiewicz być może archaizował, a być może wykazał naleciałości rosyjskie. Wątpliwości biorą się stąd, że język rosyjski przechowuje starsze formy, a polski szybciej się modernizował w stosunku do starosłowiańskiego.

– Tomasz Marek


za:
Brückner, Język Wacława Potockiego…
Brückner, Słownik frazeologiczny…
Mickiewicz, Pan Tadeusz. Wolne Lektury
WSJP, hasło: bajka o żelaznym wilku
http://www.taraka.pl/tym_zelaznym_wilkiem
St. Komar, Język Polski, maj-czerwiec 1925

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Co to znaczy, że Jezus wyszedł, „sam dźwigając krzyż”?

Rzadko na Językowych Dylematach nawiązuję do kwestii związanych z religią czy teologią (pomimo tego, że z wykształcenia jestem nie tylko polonistą, ale także teologiem). Czas Wielkiego Tygodnia wydaje się jednak wyjątkowo odpowiednim momentem do tego, by nieobszerną analizę na pograniczu językoznawstwa i teologii zaproponować.

Jacopo Tintoretto, Dźwiganie krzyża (1565 r.), fragm.

A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota” – czytamy w opisie Męki Chrystusa w Ewangelii Janowej (19,17) w IV wydaniu Biblii Tysiąclecia (1983 r.), najczęściej wykorzystywanym obecnie polskim tłumaczeniu Biblii (zazwyczaj używanym w liturgii rzymskokatolickiej). Egzegeci zajmujący się wyjaśnianiem Biblii trudzą się czasem z wyjaśnieniem tego fragmentu, który miałby rzekomo być trudny do pogodzenia z opisami wszystkich trzech Ewangelii synoptycznych, gdzie czytamy o tym, że do pomocy Jezusowi w niesieniu krzyża przymuszono napotkanego przypadkowo Szymona z Cyreny.

Najczęściej można się spotkać z wyjaśnieniem teologicznym – jak najbardziej zresztą przekonującym – odwołującym się do kontekstu powstania Ewangelii Janowej w czasach, gdy w kiełkującym chrześcijaństwie rozplenił się doketyzm gnostycki, twierdzący, że Jezus nie był prawdziwym człowiekiem, nie cierpiał naprawdę, miał jedynie ciało pozorne, a oglądającym jedynie wydawało się, że cierpi. Opisy Ewangelii św. Jana w wielu miejscach dają odpór temu poglądowi, wskazując na realizm działania, także więc cierpienia i śmierci Jezusa.

Wydaje się jednak, że dla pogodzenia fragmentu tekstu Janowego z opisami synoptyków nie jest potrzebny tego typu wywód, a wystarczy zwykła językowa analiza znaczeń wyrazu „sam”. Zaznaczam tutaj na marginesie, że nie zamierzam się odwoływać do tekstu oryginalnego i porównywać tłumaczeń w innych językach. Jest to strona zajmująca się językiem polskim, dlatego odwołam się jedynie do tłumaczeń polskich, tego, co otrzymuje polski czytelnik czy słuchacz (np. uczestnik liturgii).

Sam, czyli samodzielnie?

Gdy czytamy, że Jezus sam dźwigał krzyż, może nam rzeczywiście w pierwszym momencie przyjść do głowy skojarzenie, że Jan mówi, iż Jezus dźwigał go ‘samemu’, ‘samodzielnie’. Wyraz sam w polszczyźnie ma jednak również inne znaczenia.

  • Na nasze spotkanie przybył sam prezydent.
  • Kierownik sam podjął decyzję.

Oczywiście gdy wypowiadamy czy zapisujemy takie zdania, nie chodzi nam o to, że prezydent przybył na spotkanie sam, bez swoich ochroniarzy, bez współpracowników czy bez żony. Chodzi nam o to, że przybył ‘osobiście’. W przypadku kierownika też nie chodzi nam o to, że podjął on decyzję ‘samodzielnie’, nie korzystając z głosu doradców, tylko o to, że podjął ją ‘we własnej osobie’, bez pośredników, że bierze za nią odpowiedzialność.

Ta struktura jest charakterystyczna dla konstrukcji dotyczących osób wysoko postawionych, szanowanych. A przecież wiemy, z jaką atencją traktował Jezusa Umiłowany Uczeń. Dlatego możemy być pewni, że w tych słowach Ewangelista nie odnosi się zupełnie do samodzielności niesienia krzyża przez Chrystusa, tylko do tego, że niósł On ów krzyż ‘we własnej osobie’, ‘osobiście’. Co nie wyklucza jakiegoś rodzaju pomocy podczas części drogi na ukrzyżowanie (podobnie można rozumieć również opisy synoptyków).

Trzeba jednak powiedzieć, że tłumaczenie to wydaje się trochę nieszczęśliwe i wprowadzające zamęt. Dodać też trzeba, że gdyby przykładać do tego wydania obowiązujące od lat dziewięćdziesiątych zasady interpunkcji, przytoczone zdanie zawierałoby błąd nieoddzielenia imiesłowu przysłówkowego od czasownika przecinkiem. Przecinek należałoby postawić przynajmniej po wyrazie krzyż. Ale czy tylko? Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , , , | 2 komentarze

Czy wiesz, że… Ciekawostki językowe (52)

Ogórek piszemy dziś z błędem ortograficznym.
Skojarzenie z górą pierwotną pisownię u zastąpiło ó.
/ Zdjęcie: Wikipedia, domena publiczna.

W tym miesiącu ciekawostki – publikowane wyjątkowo nieco wcześniej – koncentrują się wokół kwestii ortograficznych. Przygotował je Tomasz Marek.

1.
Czy wiesz, że…

ponoć najstarszy udokumentowany błąd ortograficzny to zapis nazwy miejscowości *Ożechowo w poznańskich rotach sądowych? Błąd świadczy o zaniku wymowy dwugłoskowej [rż] na rzecz dzisiejszego zrównania się w wymowie ż i rz. Są i inne. W mało znanym zabytku małopolskim o żywocie świętej Eufraksji kronikarz, z lęku przed popełnieniem błędu, wspomina o „*chwałszywych prorokach”. Małopolski pisarz wiedział, że sąsiedzi śmieją się z Krakusów, którzy mówią „fała” i „fila” zamiast chwała, chwila, i poprawną formę fałszywy zamienił na „*chwałszywy”. Znany jest także przykład tłumacza, który w Psałterzu floriańskim sto pięćdziesiąt razy napisał chwała, a raz się zamyślił i napisał po swojemu: „*fała”.
za: prof. Jan Miodek dla „Gazety Wrocławskiej”

2.
Czy wiesz, że…

ogórek piszemy dziś z błędem ortograficznym? Słowo to pochodzi z perskiego i w oryginale brzmi angurion, w niemieckim Gurke, w rosyjskim огурец [oguriec]. W języku polskim przez skojarzenie z górą pierwotną pisownię u zastąpiło ó. To oczywiście nie znaczy, że powinniśmy to zmienić i na siłę pisać ogórek przez u.
za: prof. Jan Miodek dla „Gazety Wrocławskiej”

3.
Czy wiesz, że…

polski wyraz chuligan zapisujemy przez ch, ponieważ do polszczyzny wszedł on za pośrednictwem języka rosyjskiego, w którym odpowiada słowu хулиган [χuligan]? Rosyjską głoskę [χ], jako bezdźwięczną, oddajemy przez ch. Źródeł chuligana należy szukać w angielskim hooligan, które jest apelatywizacją (apelatywizacja – przekształcenie nazwy własnej w pospolitą) nazwiska irlandzkiej rodziny Hooligan, o której było głośno w początkach XX w.
za: Piotr Sobotka, Uniwersytet Mikołaja Kopernika

4.
Czy wiesz, że…

rzeczownik Góral/góral można pisać od wielkiej bądź małej litery? I tak: góral to ‘rdzenny mieszkaniec gór, człowiek wywodzący się z rdzennej ludności zamieszkującej góry’, np. górale andyjscy, zaś Góral to ‘mieszkaniec północnej części Karpat Zachodnich’, np. Górale, Górale polscy, Górale słowaccy, Górale spod Nowego Targu.
za: prof. M. Bańko, Poradnia PWN

5.
Czy wiesz, że…

nazwisko Piłsudski (tak, chodzi o TEGO Piłsudskiego!) redaktorzy Języka Polskiego w 1916 r. nakazywali pisać Piłsudzki? Udowadniano, że owo ds zamiast dz jest rusycyzmem, wynikłym z błędnej transkrypcji zapisu nazwisk w grażdance (alfabet rosyjski) na alfabet łaciński, narzucającej polskiej tradycji nazwisk obce wzorce. I dalej: „Tutaj wyrazić trzeba tylko przekonanie, że właściciel tego nazwiska, obcy studyom językowym, napewno nie zwrócił na to uwagi: organizator zbrojnej walki przeciw rosyjskiej przemocy nie mógłby świadomie popierać formy, narzuconej jego nazwisku przymusowo, w obcym alfabecie. Zanim on sam się o tem dowie i to zastosuje, piszmy zawsze i wszędzie tylko: Piłsudzki” (pisownia oryginalna).

Zaszufladkowano do kategorii Ciekawostki językowe | Otagowano , | Dodaj komentarz

Błędy wskazywane w dawniejszych i współczesnych opracowaniach poprawnościowych

Izabela Wieczorek •

© by Językowe Dylematy (2013)

Na jakie typy błędów zwracają uwagę poszczególni autorzy?

Gwara, regionalizmy i dialektyzmy

Współcześnie zauważam tendencję do chęci całkowitego wyzbywania się w wymowie wyrazów wskazujących na posługiwanie się dialektem czy regionalizmami. Jak jednak zapewnia Paulina Mikuła w swoim opracowaniu poprawnościowym pt. „Mówiąc inaczej”, gwara nie jest czymś, czego należałoby się wstydzić. A przecież niektórzy z nas dialektem czy gwarą określają po prostu gorszy język. Pozostaje mi tylko stwierdzić, iż jest to zupełnie błędne rozumowanie, gdyż język ogólnopolski powstał właśnie z jego różnego rodzaju odmian, występujących na poszczególnych terenach naszej ojczyzny.

W książce „Język dla wszystkich” Witold Cienkowski twierdzi: „Wiele błędów językowych da się sprowadzić do faktów gwarowych niesłusznie zastosowanych w ogólnopolskiej odmianie języka”. Wynika z tego, że my, Polacy, nieumiejętnie korzystamy z właściwości gwar oraz że błędami nie są same dialektyzmy czy regionalizmy, lecz ich niewłaściwe używanie.

Paulina Mikuła, Mówiąc inaczej

Autorzy książki „Polszczyzna płata nam figle” sugerują, że mówiąc gwarą, gdy zamierzamy mówić polszczyzną ogólną, czynimy źle, najczęściej zresztą popełniając przy tym liczne błędy szczegółowe także w formach gwarowych. Wspominają również o tym, iż motywacją dla chęci wyzbycia się przyzwyczajeń do używania danego dialektyzmu może być społeczny odbiór naszych wypowiedzi. Nie muszą być one przecież właściwie zrozumiane przez osoby nieposługujące się tym samym dialektem. Podążając tym tropem, czasem słuchacz może nawet uznać jakiś dialektyzm za formę obraźliwą.

Związki frazeologiczne

Związki frazeologiczne niejednokrotnie zaskakują tym, że znaczą coś zupełnie innego, niż wydaje się większości użytkowników języka. „Wszyscy chętnie używamy związki frazeologiczne, ponieważ sprawiają one, że wypowiedź staje się barwniejsza, żywsza, niepospolita” – twierdzą twórcy opracowania „Polszczyzna płata nam figle”. Czyż nie jest to prawdą? Owszem, lecz większość z nas ma tendencję do przekręcania danych związków. Paulina Mikuła w swym opracowaniu poprawnościowym postanowiła wymienić kilka błędnie rozumianych frazeologizmów. Takowym jest między innymi sformułowanie „wchodzić do tej samej rzeki”. Dość często związku „nie wchodzi się do tej samej rzeki” używa się, gdy ktoś – przykładowo – ma zamiar wrócić do byłego partnera, wtedy zostaje mu to odradzone ze względu na to, że przecież i tak się on nie zmieni. Ludzie mylnie uważają, że frazeologizm „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” jest zachętą, żeby nie wchodzić do niej, bo się ona nie zmieni, tak samo jak były partner danej osoby. Natomiast związek ma swoje źródło właśnie w stwierdzeniu, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, bo rzeka nigdy nie będzie dwukrotnie taka sama.

Polszczyzna płata nam figle

Nie zamierzam przytaczać tu wszystkich niewłaściwie stosowanych frazeologizmów. Zwrócę jednak uwagę na jeszcze jeden: „branie czegoś na tapetę”. Prawidłowa forma brzmi „brać na tapet” czy „wziąć na tapet”. W tym powiedzeniu wyraz „tapet” oznacza stół przykryty zielonym suknem, przy którym dawniej toczono obrady. Niestety, dziś słyszymy raczej, że ktoś bierze coś na tapetę, czyli… na materiał, którym okrywamy ściany w pomieszczeniach. Muszę powiedzieć, że do tej pory ani razu nie spotkałam się, by ktoś brał coś „na tapet”, lecz za każdym razem „na tapetę”. Być może wynika to z podobnej odmiany tych wyrazów, gdyż w miejscowniku brzmią one tak samo. Myślę jednak, że przez to, iż naprawdę duża liczba osób nie jest świadoma tego rozróżnienia, być może kiedyś forma „na tapetę” zostanie zaliczona do poprawnych. Zadecydują o tym autorytety językowe.

Zapożyczenia, czyli nieumiarkowane używanie wyrazów obcych

„O wyrazach obcych i zapożyczonych mówi się dużo i często, przeważnie krytykując ich nadużywanie. Neologizmy pochodzenia obcego rażą wiele osób” – stwierdza Witold Cienkowski. Choć książka „Język dla wszystkich” wspomnianego autora powstała około pięćdziesięciu lat temu, na temat neologizmów formułuje on podobny pogląd, jak w swoim opracowaniu poprawnościowym Paulina Mikuła. Widać zarówno pięć dekad temu, jak i dziś ludzie zauważali duży problem związany z nadmiernym używaniem zapożyczeń. Cienkowski uważał, że wzbogacanie języka polskiego o nowe wyrazy, które pomagają nam określić nowe zjawisko czy zdefiniować pewną innowację, nie jest niczym złym. Jednakże twierdził też, że największe kontrowersje budzą „niewolniczo odwzorowane” spolszczone zapożyczenia, których niekoniecznie potrzebujemy, gdyż w zasobach języka polskiego mamy już synonimy.

Z kolei Paulina Mikuła w swej książce „Mówiąc inaczej” przypomina, iż w polszczyźnie od dawien dawna pojawiała się mnoga liczba neologizmów, lecz w dzisiejszej dobie skomputeryzowania oraz ekspansji angielszczyzny takie sformułowania jak: ASAP, OMG, YOLO czy DIY są już tak przesadzone, że nie budzą u nikogo podziwu, ale najwyżej zażenowanie. Jako Polacy powinniśmy czerpać w większości z naszego języka. Niestety, coraz większa część młodzieży ulega trendom spopularyzowanym na portalach społecznościowych czy też w różnego typu aplikacjach. „Cierpię niemal fizycznie, słysząc, że coś jest do zrobienia na ASAP, a brief do nas nie dotarł, ale wiem, że te słówka są funkcjonalne” – wspomina Mikuła.

Chcąc dać przykład wypowiedzi naszpikowanej zapożyczeniami, zacytuję Jakuba Żulczyka, który podczas jednego z wywiadów mówił tak: „Nie. Tam są kulawości, to się źle zestarzało, ale tak jest zwykle z filmami o młodzieży. Jak byś to dzisiaj zrobił, o milenialsach, o gimbusach, i dobrze oddał ich zajawki, strój, język… Jeden jest np. jutuberem, drugi aspirującym hiphopowcem, trzeci gra w gry czy coś tam, i oparł to na tym samym silniku, tej samej historii, z dobrze wymyślonymi bohaterami, to ci gwarantuję, że byś miał super film albo serial”[1].

Youtuberka wnioskuje, iż niektóre z makaronizmów zadomowiły się w języku polskim na dobre. Uważa też, że z większością tych zapożyczeń nie da się nic zrobić, ponieważ w naszym języku nie ma dla nich właściwych odpowiedników. Na przestrzeni około pięćdziesięciu lat stanowiska co do zapożyczeń nie zmieniły się drastycznie. Podobnie jak w latach siedemdziesiątych, tak i teraz Polacy mają problem z uleganiem ich nadużywaniu. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , , , , , | 15 komentarzy

Cienka lina, cienka linia, czerwona linia, a może cienka czerwona linia?

Wyżej wymienione związki wyrazowe są często mylone. Szczególnie pechowy pod tym względem jest ostatni z nich; cienka czerwona linia w polszczyźnie jest stosowana błędnie. Mam nadzieję, że ten tekst wyjaśni frazeologię linii/liny i zapoczątkuje sanację istniejącego stanu rzeczy.

Cienka linia to ‘niuans różnicujący pewne rzeczy lub zachowania de facto odmienne lub wręcz przeciwstawne’. „Między byciem uroczym a byciem pretensjonalnym istnieje cienka linia”. „Cienka linia odgradza miłość od szaleństwa”. Cienkiej linii nie należy mylić z cienką liną. Chodzenie po/stąpanie po/balansowanie na cienkiej linie oznacza ‘grożące tragicznym upadkiem balansowanie między trudnościami, godzenie sprzeczności’. „Balansował na cienkiej linie między infamią a śmiercią”.

Tak więc podkreślę: cienka linia to słabo widoczna granica, zawsze wirtualna, a cienka lina to coś, po czym się chodzi (też w sposób przenośny). Wprawdzie jest to czynność wysoce ryzykowna, ale sukces zależy od zręczności chodzącego – inaczej niż w przypadku stąpania po kruchym lodzie, z czym ten idiom jest mylony. Po kruchym lodzie stąpamy, gdy podjęliśmy ryzyko, ale efekt w małym stopniu zależy od nas. Oba ostatnie wyrażenia – z liną i z lodem – dotyczą procesów (szeregu czynności), a nie pojedynczych czynów; błędne zatem byłoby zdanie: „*Nie przystępując dziś do egzaminu, stąpał po kruchym lodzie”.

Czerwona linia to jest ‘linia, której nie wolno przekraczać’ – co do tego nie ma wątpliwości – ale już wyjaśnienia dotyczące źródłosłowu są rozbieżne. Prof. Kłosińska wskazuje na liczne użycia tego związku frazeologicznego w wielkiej polityce, w tym starożytnej:

Źródła tego wyrażenia upatruje się w legendzie związanej z politykiem rzymskim Gajuszem Popiliuszem Laenasem, który w roku 169 p.n.e. został wydelegowany do syryjskiego władcy Antiocha IV Epifanesa po to, by go odwieść od zamiaru zaatakowania Aleksandrii. Gdy się zorientował, że król nie chce udzielić jednoznacznej odpowiedzi, zakreślił patykiem wokół niego linię na piasku i powiedział, że ten nie może jej przekroczyć, dopóki nie przedstawi swojego stanowiska. Antioch podobno miał ulec temu „szantażowi” i przystać na prośby Rzymu.

Pani Profesor jednak dostrzega słabą stronę tego rzekomego źródłosłowu – linia narysowana na piasku nie mogła(?) być czerwona. Sama upatruje zobrazowania sensu czerwonej linii w… przemyśle. Otóż zawsze na wskaźnikach przyrządów (np. na tarczach manometrów, ale proszę też spojrzeć na deskę rozdzielczą swojego samochodu) czerwoną krechą oddziela się zakres wskazań niebezpiecznych. Zadaniem obsługi jest niedopuszczenie do przekroczenia czerwonych linii.

Cienka czerwona linia w polskim uzusie jest podwójnie błędną kontaminacją obu w/w frazeologizmów. Stosujący ten idiom Polacy mają na myśli czerwoną linię, która jest ostro zarysowana (czyli przeciwnie niż wyżej opisywana cienka linia), a więc cienka. Tymczasem prawdziwe znaczenie cienkiej czerwonej linii to ‘skuteczny opór stawiany silnemu wrogowi przez niezbyt licznych’. Źródłosłów cienkiej czerwonej linii jest dobrze udokumentowany – swego czasu był on przedmiotem fascynacji Imperium Brytyjskiego. Jako ugruntowany związek wyrazowy stał się tytułem dzieł czy natchnieniem dla licznych artystów: malarzy, kompozytorów, pisarzy i filmowców (w tym dla powieści Jamesa Jonesa z 1962 r., a następnie jej filmowych adaptacji: z 1964 r., w reżyserii A. Martona, oraz z 1998 r., w reżyserii T. Malicka, skąd przedostał się do polszczyzny).

Idiom ten nawiązuje do epizodu (z 28 października 1854 r.) w bitwie pod Bałakławą, stoczonej w czasie wojny krymskiej (1853 – 1856). Tego dnia umundurowani w czerwone kurtki żołnierze 93 Pułku Górali Szkockich nietypowo rozwinięci w dwuszereg stawili skuteczny opór szarżom konnicy rosyjskiej. W relacji korespondenta „The Times” sir W.H. Russela, który oglądał bitwę z oddalonego wzgórza (dlatego widział dwuszereg żołnierzy w czerwonych mundurach jako linię), pojawiło się określenie: cienka czerwona smuga zakończona linią ze stali (thin red streak tipped with a line of steel). Reportaż z „The Times”  zrobił furorę w Wielkiej Brytanii, był powtarzany i poprawiany; smugę (streak) zastąpiono linią (line) i ten wyraz już na stałe wszedł do angielskiego frazeologizmu, który ostatecznie brzmi: the thin red line (cienka czerwona linia).

Tak więc cienka czerwona linia jest ‘zaporą nie do przejścia’, to nasz ‘bastion zwycięskiego oporu’ wobec przeważającego nieprzyjaciela. To coś więcej niż pokrewne jej Termopile lub Westerplatte – w tych opór był czasowy, opóźniający; waleczni obrońcy zginęli lub ostatecznie poddali się, a ich bohaterstwo miało skutek jedynie propagandowy. Szkoccy górale z cienkiej czerwonej linii wroga powstrzymali i pozostali żywi. Jakież to niepolskie! Może dlatego nie umiemy lub nie chcemy tego idiomu zrozumieć, by stosować go we właściwy sposób?

Mylenie znaczeń frazeologizmu niszczy efekt, który mówca chce osiągnąć. Gdy słyszę, że ktoś „*przekroczył cienką czerwoną linię”, odczuwam niesmak. Zamierzony patos zmienia się w śmieszność.

– Tomasz Marek

za:       Wikipedia
            Poradnia PWN

Zaszufladkowano do kategorii Językowe dylematy | Otagowano , | Dodaj komentarz