O interpunkcji. Czy autor zawsze wie, jak napisać to, co chce wyrazić?

Zdjęcie: Melrose Studio (2017) ©

W niedawno redagowanej książce trafiłem na takie oto piękne pod względem interpunkcyjnym zdanie:

Sprawdzona wiedza wymaga selekcji, przechowywania i aktualizowania, dokumentowania, i odpowiedniego systemu zarządzania.

Zdanie wyglądało właśnie tak i go nie poprawiałem, uznając, że interpunkcja jest perfekcyjna i zastosowana świadomie, a tym samym napisano dokładnie to, co autor chciał wyrazić.

Ze względu na potrzeby naszego tekstu rozważmy sobie jednak, jaki jest przekaz tego zdania za sprawą tej interpunkcji i co by się stało, gdyby skasować jeden przecinek. Na koniec uwaga na temat tego, czy warto w takie zdania w ogóle ingerować, zadając pytanie, co dokładnie autor chciał wyrazić, gdy ma się przekonanie, że prawdopodobnie zostało napisane poprawnie.

Co wyraża zdanie

Wedle zastosowanej interpunkcji dowiadujemy się, że sprawdzona wiedza wymaga:

  • selekcji,
  • przechowywania i aktualizowania (czyli dokumentowania – wtrącenie otoczone przecinkami),
  • odpowiedniego systemu zarządzania.

Ciekawe jest tutaj to, że dokładnie tę samą interpunkcję należałoby zastosować, gdyby sprawdzona wiedza wymagała:

  • selekcji,
  • przechowywania,
  • aktualizowania (czyli dokumentowania),
  • odpowiedniego systemu zarządzania.

O tym, że zapewne autorowi chodziło o pierwsze znaczenie, wiemy z kontekstu, wnioskujemy również z tego, że struktura z podwójnym i w takiej konstrukcji byłaby dość niespodziewana i zbyt skomplikowana.

Skasujmy przecinek

A co by się stało, gdyby skasować przecinek przed słowami i odpowiedniego systemu zarządzania?

Sprawdzona wiedza wymaga selekcji, przechowywania i aktualizowania, dokumentowania i odpowiedniego systemu zarządzania.

Wtedy mamy kilka możliwości: Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Tak pracujemy | Otagowano , , , | 8 komentarzy

Błędy językowe we współczesnej polszczyźnie. Klasyfikacja w ujęciu S. Garczyńskiego

Izabela Wieczorek •

Błąd językowy jest pojęciem dość ogólnym, a na jego istotę i występowanie składa się duża liczba czynników. Z tego łatwo można wyciągnąć wniosek, że istnieją różne rodzaje błędów językowych, zależne od mnogiej liczby aspektów, m.in. od czasu, podmiotowości czy jego skutków.

Izabela Wieczorek, autorka wpisu.

Kolejnym istotnym czynnikiem w definiowaniu błędu językowego jest też obszar lub lepiej ujmując, sfera, w której taki błąd występuje. Wielu z nas poszukuje rozwiązań, aby takowych błędów nie popełniać, warto więc zastanowić się, cóż można uczynić, by jak najrzadziej potykać się na ścieżce polonistycznych zawiłości.

Klasyfikacja Stefana Garczyńskiego

Jasnym jest, że dziś bez problemu moglibyśmy znaleźć za pomocą przeglądarki internetowej dokładny tradycyjny podział błędów językowych. Garczyński – rzecz jasna – wiedział, iż taki ich podział istnieje (tzn. na – przykładowo – błędy fonetyczne, ortograficzne bądź interpunkcyjne), więc postanowił podjąć się nieco bardziej ambitnego zadania, gdyż w swej klasyfikacji błędów językowych ujął te odwołujące się nie tylko do samej poprawności języka polskiego, lecz także do zwykłej ludzkiej codzienności, która nieuchronnie cechuje się występowaniem mnogiej liczby językowych nieścisłości. Autor podjął się próby klasyfikacji błędu, jednakże od razu przestrzegł, iż: „Zaprowadzić porządek w świecie błędów jest trudniej niż w świecie prawd”. Zastosował się również do klasyfikacji błędów podług myśli Tadeusza Kotarbińskiego. Po wieloletniej analizie oraz usystematyzowaniu wszelkiego rodzaju błędów, Garczyński przedstawił swój porządek nieprawidłowości językowych.

Uwzględnił m.in.:

błędy dzielone ze względu na kryterium czasu:

  • błędy jednorazowe i błędy trwałe, nieustannie się powtarzające,
  • błędy wyprzedzania (ktoś wypowiada słowo wcześniej aniżeli jego mózg zdąży to zarejestrować), np. „pczeczekać” zamiast „poczekać”, „partorałki polskie” zamiast „pastorałki”, i błędy następowania; sam Garczyński daje taki przykład: „Czytając w autobusie artykuł o dwunastu przyczynach zawałów serca, podaję konduktorowi trzy złote ze słowami: «dwanaście po trzy»” (błąd wynika z sytuacji, która wydarzyła się przed chwilą, czyli dana nieprawidłowość jest następstwem uprzednio zaistniałej sytuacji);

Stefan Garczyński, Błąd. Źródła. Unikanie,
wyd. Nasza Księgarnia.

błędy formalne (popełniane w rozumowaniu) i rzeczowe (polegające na fałszywym widzeniu rzeczywistości);

błędy działania: błędy w wyborze celów, w wyborze sposobów i środków, oraz błędy wykonania;

błędy indywidualne, np. emocjonalne nastawienie jednostki, i błędy zbiorowe, typowe dla zawodów, środowisk, klas, narodów;

pożyteczne (np. optymizm w beznadziejnej sytuacji albo mity i legendy, które inspirują odwagą, poświęceniem czy sprawiedliwością);

nieszkodliwe (np. zawołanie na kota „Burek” – i przybiega Burek zamiast Mruczka);

orientacji: wynikają z braku dostatecznych informacji; człowiek wykonujący daną czynność nie dostrzega tego, co powinien dostrzegać, lub nie wie tego, co powinien wiedzieć;

decyzji: pojawiają się, gdy człowiek wykonujący czynność nie potrafi wykorzystać otrzymanych wiadomości.

Oczywiście rodzaje błędów, które wymieniłam, są tylko niektórymi uwzględnionymi przez Stefana Garczyńskiego potknięciami w polszczyźnie.

Systematyzacja tradycyjna

By zestawić ze sobą dwa sposoby definiowania błędów językowych i pokazać, jak nowatorskie (szczególnie w latach siedemdziesiątych XX wieku) było ujęcie autora książki pt. „Błąd. Źródła. Unikanie”, postanowiłam wykorzystać do tego Vademecum maturalne, w którym następująco pogrupowano błędy językowe:

błędy gramatyczne – składniowe (np. W pokoju siedzi Aga i Michał) lub fleksyjne (np. przyjacielach, komedie Aleksandra Fredro, koniami);

błędy leksykalne – słownikowe, wyrazowe (np. wrócić z powrotem lub cofnąć się do tyłu; mylenie znaczeń wyrazów: status i statut, adoptować i adaptować; uparty jak kozioł zamiast poprawnego: uparty jak osioł) oraz słowotwórcze (np. matkowy zamiast poprawnej formy: matczyny; eurosejm zamiast europarlament);

błędy fonetyczne: niepoprawne akcentowanie, wymawianie głosek zapisanych literami ą i ę;

błędy stylistyczne (np. Dokonałem zakupu proszku do prania lub W wyniku śledztwa ustalono, że facet ukrywa się na wsi);

błędy ortograficzne (np. Język Polski, napewno, na prawdę, Pujdźmy wykąpać się nad może);

błędy interpunkcyjne (np. Jadąc nad morze czytałem książkę – brakuje wydzielenia przecinkiem imiesłowowego równoważnika zdania).

Źródła:
Stefan Garczyński, Błąd. Źródła. Unikanie, wyd. Nasza Księgarnia, 1973.
Vademecum maturalne z języka polskiego dla poziomu podstawowego oraz rozszerzonego, wyd. Greg, rok wydania: 2017.


Izabela Wieczorek – licealistka, która w bieżącym roku (2018) podejdzie do egzaminu dojrzałości. Na co dzień zajmuje się pracą początkującego copywritera, zarówno na zlecenie jednej z witryn internetowych, jak i w nieco bardziej prywatnym wymiarze. Prócz tego tworzy amatorsko prozę, którą publikuje na blogu pisanaekranizacja.blogspot.com. Na swym koncie ma również pracę wolontariacką jako recenzentka muzyki metalowej.

Powyższy tekst jest fragmentem pracy pt. „Polowanie na byki” – błędy językowe we współczesnej polszczyźnie (Sfery występowania błędów i sposoby ich korygowania), napisanej w ramach uczestnictwa w XVIII Olimpiadzie Literatury i Języka Polskiego. Artykuł – w porozumieniu z autorką – został poprawiony i nieco przeredagowany przez redakcję Językowych Dylematów na potrzeby publikacji na naszej stronie. Nadano też nowy tytuł oraz śródtytuły.

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano | Dodaj komentarz

10 najczęstszych błędów językowych w opisach ofert nieruchomości

Jak napisać: w Wilanowie czy na Wilanowie? Jeżeli Al. (liczba mnoga alei, np. Al. Jerozolimskie) piszemy dużą literą, to dlaczego ul. (od ulicy) już małą? Co właściwie oznacza M3 i gdzie w zdaniu „Piękna działka z malowniczym akwenem wodnym” kryje się błąd językowy? Poszukaliśmy i znaleźliśmy odpowiedzi na te i wiele innych pytań związanych z pisaniem ogłoszeń nieruchomościowych.

1. ul., pl., al., i Al. – kiedy małą, a kiedy dużą literą?

  • Źle:, Ul.
  • Dobrze: , ul.
  • Wyjątki: nazwy własne lub zwyczaj językowy

O ile w przypadku skrótów od nazw gatunkowych ulica i plac nie ma większych problemów (oba piszemy małą literą), o tyle aleja może nam sprawić więcej trudności. Ogólna zasada mówi, że skrót od słowa aleja (liczba pojedyncza) piszemy małą literą, natomiast skrót od słowa aleje (liczba mnoga) już wielką.

Warto jednak zawsze sprawdzić, czy dany skrót nie powinien być zapisany mimo wszystko dużą literą. Zdarzyć się może, że ze względu na znaczenie danej alei i np. dodatkową chęć podkreślenia zasług jej patrona, oficjalny zapis uwzględnia dużą literę, np. Aleja Piłsudskiego.

2. Komin na domu czy na domie?

  • Dobrze: na domu

Słowo domie jest formą przestarzałą, którą możemy jeszcze spotkać w starszych wydaniach literatury. Obecnie zaleca się stosowanie formy domu (i zresztą częściej się jej używa). Wielki słownik ortograficzny PWN (2016) podaje wyłącznie formę domu.

3. Nazwy dzielnic – na Wilanowie czy w Wilanowie?

  • Źle: zawsze mówić na
  • Dobrze: sprawdzić, jak mówią mieszkańcy

Przyjęło się, że jeżeli nazwa dzielnicy określa część miasta, wówczas mówimy, że jedziemy np. na Wolę (Warszawa). W przypadku, jeżeli nazwa dzielnicy pochodzi od nazwy wsi, która dopiero w okresie późniejszego rozwoju miasta została do niego włączona – wtedy używamy przyimka w, czyli np. w Wilanowie (Warszawa).

Zasada ta nie wydaje się dość jasna, a samo jej stosowanie jest bardzo płynne – w Warszawie powiemy np. w Wilanowie, ale już na Ursynowie, mimo że obie nazwy pochodzą od dawnych nazw miejscowości. Zdarza się też, że choć oficjalnie powinno się użyć przyimka w, to mieszkańcy na zasadzie analogii do innych dzielnic zaczynają stosować zwrot jadę na, który powoli wyprowadza z użytku dawną konstrukcję. Dlatego w przypadku nazw własnych najlepiej jest zawsze sprawdzić, jaki zwrot jest oficjalny lub powszechnie używany. Jak to zrobić? Na przykład wchodząc na stronę urzędu miasta lub dzielnicy, wyszukując hasła w różnego rodzaju encyklopediach internetowych i papierowych czy po prostu zaglądając na strony i fora tematyczne poświęcone danej dzielnicy.

W ten sam sposób warto sprawdzić odmianę nazw mniejszych miejscowości i nazw ulic – często okazuje się, że zwyczajowa forma jest różna od tej, której moglibyśmy się spodziewać.

4. W rynku czy na rynku?

  • Dobrze: w rynku, na rynku

Obocznie. Językoznawcy uznają poprawność obu form, jednak trzeba być świadomym, że mogą mieć one nieco różne odcienie znaczeniowe. Podkreślił to prof. Mirosław Bańko w Poradni Językowej PWN:

Na przykład konstrukcja w rynku podkreśla zamknięty charakter tej części miasta (rynek jest jak pudełko, jego pierzeje to ściany pudełka), podczas gdy konstrukcja na rynku podkreśla – przeciwnie – otwarty charakter tego miejsca (synonimem może tu być „na placu”).

Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Językowe dylematy | Otagowano , , , , | 4 komentarze

Jak powstają słowa. Tężyzna

Każdy człowiek, choćby jako dziecko, wymyśla nowe słowa. Zwykle ich zasięg jest ograniczony do kręgu rodziny lub znajomych, a żywot nie trwa długo. Neologizmy wymyślają też pisarze i te – bywa – pozostają w języku.

Nowy wyraz niezmiernie podobał się księciu i on to wprowadził go
do użytku na dworze. Odtąd waleczny oficer czy żołnierz był tężyzną,
a nawet piękna, młoda kobieta czy dzielny koń tak były zwane.
/ Zdjęcie ze zbiorów Magdaleny Forgiel ©

Kochanowski wprowadził do języka polskiego złożenia typu: wiatronogi, złotooka, białoskrzydła. Inni stworzyli postacie, które stały się źródłem rzeczowników pospolitych, jak: hamletyzowanie, dulszczyzna, lowelas, szowinizm czy donkiszoteria. Byli i tacy, którzy całą swoją twórczością sprowokowali powstanie takich określeń, jak: homeryckie porównanie, homerycki śmiech, żeromszczyzna. A cóż może wprowadzić do zasobów języka człowiek, który publicznie nie przemawia, piórem nie pracuje? Niewiele. A jeśli nawet – pozostanie nieznany; minie go sława…

Okazuje się jednak, że są wyjątki. Oto jeden z nich – twórca tężyzny, Michał Mikołaj Cichocki.

Michał Mikołaj Cichocki (1770 – 1828) był naturalnym synem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i Magdaleny Agnieszki Sapieżyny z. d. Lubomirskiej. Oficer walczący w wielu wojnach, awansowany na generała w 1813 r. po bitwie pod Lipskiem. Życie zakończył w stopniu generała brygady Królestwa Polskiego.

W czasach napoleońskich (prawdopodobnie latem 1813 r.) pojedynkowało się w Jeziornej dwóch ludzi. Pułkownik Cichocki, sekundant jednego z nich, opowiadał o pojedynku księciu Józefowi Poniatowskiemu, który bardzo się tym interesował. Cichocki wpadł w zapał nad dziarskim zachowaniem pojedynkowiczów i nie mogąc dobrać stosownego wyrazu dla ich mężnego stawania, opisał to tak: „to prawdziwa tężyzna”. Nowy wyraz niezmiernie podobał się księciu i on to wprowadził go do użytku na dworze. Odtąd waleczny oficer czy żołnierz był tężyzną, a nawet piękna, młoda kobieta czy dzielny koń tak były zwane.

Wprawdzie na przełomie XVIII i XIX w. słowo tężyzna istniało, ale oznaczało coś pochodnego od tężenia, czyli usztywnienia (np. karku) lub stęgnięcia (np. tynku na ścianie). Linde (w tomie V Słownika języka polskiego, 1812 r.) podaje przy haśle tężyć znaczenie tężyzny tak: ‘tęgiego co, walnego co’, co wprost wynika z końcówki -yzna (dłużyzna – ‘coś długiego’, starzyzna – ‘coś starego’). Może na początku XIX w. rzeczywiście z tężyzną tak było, ale Cichocki rozpoczął szybką ewolucję sensu tego słowa, sprawiającego do dziś problemy językoznawcom.

Podobnie jak polszczyzna nie oznacza już ‘czegoś polskiego’ (a tak było jeszcze u Mickiewicza), tylko zawęziła znaczenie do ‘języka polskiego’, tak w 1916 r. wg A. Danysza tężyzna „dotyczy nie osoby o tęgim usposobieniu, ale samego usposobienia”. Polscy pisarze (Boy-Żeleński, Kotarbiński) jeszcze niedawno używali określenia tężyzna przenośnie, przypisując ją słowu czy dramatowi. Współcześnie tężyzna to ‘duża siła i wytrzymałość fizyczna lub psychiczna’ (SJP PWN), jednakże w NKJP jest tylko jedno użycie wskazujące na tężyznę psychiczną obok fizycznej; pozostałe dwadzieścia jeden mówi wyłącznie o tężyźnie fizycznej lub tężyźnie ciała człowieka. Najwyraźniej Polacy wciąż się wahają, jak tę tężyznę rozumieć.

A gdyby tak, panowie, zwrócić się do jakiejś dziewczyny słowami: „Ale z ciebie tężyzna”? Jak sądzicie – dobra metoda na podryw? Potem można przytoczyć powyższą anegdotę i jeśli się trafi na inteligentną, jest szansa na sukces… Tylko o definicji Lindego sza!, bo jak to „coś tęgiego” was „walnie”, to na zobaczeniu gwiazd może się nie skończyć!

— Tomasz Marek

za:
A. Danysz, Język Polski i Poradnik Językowy, R.3. z. 7/10 (w grudniu 1916).
J. Podracki, Świat ludzi, rzeczy, słów, Warszawa 1994.

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Sąsiadujące okoliczniki – kiedy stawiać przecinek

Na przełomie października i listopada br. pod wpisem „W Wilnie w tym domu mieszkała s. Faustyna”. Czy potrzebny tu przecinek? odbyła się krótka, lecz pasjonująca dyskusja nt. stawiania przecinków między sąsiadującymi okolicznikami. Wydaje się ona na tyle istotna, że Językowe Dylematy jej obszerne fragmenty postanowiły udostępnić Czytelnikom w osobnym wpisie.

Zdjęcie: Natalia Klocek dla Językowych DylematówMagda (Czytelniczka)

Próbuję rozgryźć, jak to jest z tymi sąsiadującymi okolicznikami i nie mogę dojść do jednoznacznej konkluzji 🙁

Ilustrując zasadę wspomnianą przez p. Jana, znawcy tematu podają słynne już zdanie o środzie:
„W ubiegłym tygodniu, w środę, wrócił z Australii.”
Cóż z tego, skoro po chwili pada kolejny przykład:
„W czwartek po południu odbyło się spotkanie.”

Dlaczego w tym zdaniu przecinek nie jest już konieczny, jeśli też występują w nim koło siebie dwa okoliczniki, przy czym pierwszy (w czwartek) jest ogólniejszy niż drugi (po południu)?

Może ułatwi mi zrozumienie zagadnienia porada dotycząca interpunkcji w poniższych zdaniach (o którą niniejszym proszę):

  1. Zimą 1948 roku, dzięki wsparciu rodziców, którzy przekazali mu część oszczędności, zakupił mieszkanie.
  2. W przyzwoitej rodzinie, w takich okolicznościach, odmówiono by mu pożyczki.
  3. Następnego dnia, jeszcze przed zmierzchem, pod nieobecność sąsiadów, udało nam się wejść na teren ich posiadłości.

Czy interpunkcja w tych zdaniach jest poprawna?


Paweł Pomianek

„W ubiegłym tygodniu, w środę, wrócił z Australii.”
Cóż z tego, skoro po chwili pada kolejny przykład:
„W czwartek po południu odbyło się spotkanie.”

Wie Pani, ja dostrzegam między tymi zależnościami jednak pewną różnicę. Proszę sobie to zobrazować następująco: czwartek po południu to jeden czas. Chyba że chcemy przekazać W czwartek, dokładniej mówiąc po południu – wtedy postawimy przecinki. Podczas gdy ubiegły tydzień środa… No cóż, sama Pani widzi, że tak nie powiemy. Że tutaj zawsze jest konkretyzacja, że samo takie połączenie sugeruje przekaz: W ubiegłym tygodniu, a konkretnie w środę. I to jest raz.

Rzecz druga to zdania:

  1. Zimą 1948 roku, dzięki wsparciu rodziców, którzy przekazali mu część oszczędności, zakupił mieszkanie.

Przecinek opcjonalny w zależności od intencji. Jeśli dzięki wsparciu rodziców jest tylko dopowiedzeniem, które autor mógłby pominąć, które ma niższy status, to przecinek jest potrzebny. Jeśli to jednorodna informacja całościowa to napiszemy Zimą 1948 roku dzięki wsparciu rodziców. Bardziej naturalna wydaje się wersja z przecinkiem.

  1. W przyzwoitej rodzinie, w takich okolicznościach, odmówiono by mu pożyczki.

Wersja bez przecinków zdecydowanie bardziej naturalna, chyba że np. chcemy w wymowie bardzo wyraźnie wydzielić, że chodzi nam o TE KONKRETNE OKOLICZNOŚCI.

  1. Następnego dnia, jeszcze przed zmierzchem, pod nieobecność sąsiadów, udało nam się wejść na teren ich posiadłości.

Tak
Następnego dnia, jeszcze przed zmierzchem, pod nieobecność sąsiadów udało nam się wejść na teren ich posiadłości.
Lub tak:
Następnego dnia jeszcze przed zmierzchem, pod nieobecność sąsiadów, udało nam się wejść na teren ich posiadłości.
Albo nawet tak:
Następnego dnia jeszcze przed zmierzchem pod nieobecność sąsiadów udało nam się wejść na teren ich posiadłości.
Ostatnia wersja jest najmniej przejrzysta. W poprzednich dwóch jedna lub druga część informacji jest mniej istotnym wtrąceniem.


Tomasz Marek

1) „W ubiegłym tygodniu, w środę, wrócił z Australii.”

Ale czytam:
‚– nie rozdziela się przecinkami okoliczników jednorodnych wyznaczających wspólnie to samo miejsce, tą samą porę itd. [2) „Co roku o tej porze padają tam obfite deszcze”.]’

Pewnie powie Pan, że to trochę co innego, a i moje wyczucie się z tym zgodzi. A co z przecinkami w takim zdaniu:

„W środę, w przerwie obiadowej, odebrała z Urzędu prawo jazdy”?

Czy jest to bardziej 1) czy 2)?


Paweł Pomianek

Zdecydowanie 1): W środę, dokładnie mówiąc w przerwie obiadowej, odebrała z Urzędu prawo jazdy.

No chyba że chcemy powiedzieć coś innego. Nie chodzi nam o to, że ona odebrała to prawo jazdy w środę, korzystając z przerwy obiadowej. Tylko chodzi nam o to, że – dajmy na to – u niej w pracy te przerwy obiadowe są tak znakomite, że ona mogła sobie w tej przerwie nawet – WOW! – prawo jazdy odebrać. Wtedy mamy wersję bez przecinków. Zmyślam przykładowe zdania kontekstowe:

W jej pracy przerwy obiadowe były naprawdę długie i można było je sensownie wykorzystać. W środę w przerwie obiadowej odebrała z urzędu prawo jazdy. W czwartek poszła na spotkanie z potencjalnym sprzedawcą samochodu. A w piątek zdążyła się ze szczęścia nawet upić. Tego dnia do pracy już nie wróciła. 😉

Niby niuanse… A właśnie tak wiele w znaczeniu zdania te przecinki zmieniają.

Całą dyskusję znajdziesz tutaj.

Zaszufladkowano do kategorii Językowe dylematy | Otagowano , , | 5 komentarzy

Czy wiesz, że… Ciekawostki językowe (49)

Rok 2017 kończymy małą porcją językowych ciekawostek, ponownie przygotowaną przez Tomasza Marka.

Szczęśliwego nowego roku! W roku 2018 zaprosimy już na 50.
odcinek naszych ciekawostek. / Zdjęcie: Photoxpress.com

1.
Czy wiesz, że…

przymiotnik nikczemny pochodzi od niczego (czyli od nic)? Powiedzieć o kimś niczemny (bo tak zapisywano to 400 lat temu) znaczyło, że ‘jest niczym’, czyli, jak mówiono dawniej, niczem. „Niczemny król niczemnym ludziom wolność daje” (M. Bielski, 1551 r.). To przysłowie wciąż jest aktualne – im mniej wart (nikczemny) polityk, tym większe podarki (nikczemnym) ludziom obiecuje i czasem, niestety (bo nie ze swego), rozdaje.
I dziś niekiedy (a przed 100 laty nagminnie) przymiotnik nikczemny, oprócz (pejoratywnej) oceny moralnej, jest stosowany w znaczeniu ’błahy, lichy, mały‘ – „tak mały, że aż nic”. O ludziach niskich mawia się nikczemnego wzrostu, nikczemnej postury. Małość i nikczemność od wieków są ze sobą w ścisłym, językowym związku.
za: A. Brückner, Język Wacława Potockiego…

2.
Na pewno znasz…

żeńską wersję nazwisk typu Słodki (Słodka), Czarny (Czarna). Jednak w roku 1916 żona pana o nazwisku Koza to Kozina, a Sikora – Sikorzyna. Dziś tak nie jest – tak nazywane żony poczułyby się obrażone (kozina to… mięso z kozy). Wtedy doradzano, że jeśli kogoś Słodka czy Czarna razi, to może mówić Słodkowa i Czarnowa.
Razi!? Dziś właśnie Słodkowa, Czarnowa rażą. Nazwisko odmężowskie w wersji dzierżawczej wielu kobietom oglądającym Opowieść podręcznej (serial [2017] na podstawie powieści M. Atwood [1985], także film [1990]) kojarzy się z nieakceptowalną dominacją męską graniczącą z niewolnictwem kobiet. O, tempora! O, mores! (Cicero: „Co za czasy! Cóż za obyczaje!”).
za: redakcja, Język Polski, rocznik III (1916)

3.
Z pewnością wiesz, że…

istnieją rozliczne gwary. Na pewno spotkałeś się z którąś z nich: śląską, warszawską, kaszubską (niektórzy uważają ją za osobny język) czy inną regionalną. Znane są słowniki gwar, drukowane od kilku wieków. W 1912 r. ukazał się w Krakowie słownik Gwara złodziejska z r. około 1840. W tym samym czasie opublikowano Słowniczek gwary partyjnej w Królestwie. W tym (!) słowniku znajdziemy gwarowe nazwy różnych więzień wraz z wyjaśnieniami, skąd się wzięły – Arsenał, Pawiak, Serbia, Mokotów (Warszawa), Bastion, Pod Telegrafem (Kraków), Brygidki (Lwów)…

4.
Czy wiesz, że…

kiedyś powszechne, a dziś nieco zapomniane powiedzenie: pisać na Berdyczów, ma pochodzenie wywodzone na wiele sprzecznych sposobów? W zasadzie każdy językoznawca ma własną teorię. Otóż Kopaliński uważał, że (zapewne) poczta w Berdyczowie źle działała. M. Malinowski jest pewny, że to sprawka kupców, którzy często na jarmarki do Berdyczowa zjeżdżając, podawali tamtejszy tymczasowy adres, a potem, wyjechawszy, listów nie odbierali. Na tym tle najbardziej wiarygodne jest wyjaśnienie Brücknera (kategorycznie twierdzi on, że „inne są mylne” – ha, widocznie i przed nim było ich dużo!) wywodzące ów Berdyczów z późniejszej przeróbki Berdechowa, które w literaturze baroku (kilka cytowań!) było biedną, jedyną pozostałą utracjuszowi niedochodową wioską – bo tenże resztę majątku dawno w karty przegrał – wobec czego jego długi stały się nieściągalne.
za: W. Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury (Warszawa 1985)
Obcy język polski (http://obcyjezykpolski.pl/pisz-na-berdyczow/)
Brückner, Język Wacława Potockiego…

Zaszufladkowano do kategorii Ciekawostki językowe | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Z historii języka: staropolskie imiona męskie

Główne źródła dla staropolskich imion męskich to: prasłowiańszczyzna, nieliczne wpływy niemieckie, a w końcu święci chrześcijańscy obcego pochodzenia.

Polska szlachta w mundurach wojewódzkich w XVIII wieku.

Polszczyzna odziedziczyła z prasłowiańskiego kilka typów imion osobowych. Jako najbardziej charakterystyczne na czoło wysuwają się tutaj imiona dwuczłonowe upamiętniające życzenia rodziców pod adresem dziecka, np. Bogumił ‘aby był miły Bogu’, Bolesław ‘aby zyskał sobie wiele (bole:  „wiele”) sławy’. Zabytki językowe doby staropolskiej zawierają wiele tego rodzaju imion: Będzieciech, Bogodan (skracane na Bogdan), Bronisław, Budzisław, Chwalibóg, Cieszomysł, Dobromysł, Dobrosław, Drogomysł, Gniewomir, Gościrad, Gościewuj, Jarogniew, Kazimir, Miłowit, Niemir, Przemysł, Radociech, Radosław, Sędzimir, Siestrzemił, Skarbimir, Sławomir, Sobiesław, Stanisław, Stoigniew, Więsesław, Wojbor, Wojciech, Wrocisław, Wszebąd, Wszemir, Zbygniew, Zbysław.

Zdarzają się też imiona w istocie przezwiskowe: Białowąs czy Trzeszczyoko. Nie mniej popularne były imiona przezwiskowe utworzone od wyrazów pospolitych: Gęba, Pępik, Uchacz, Chrap, Goły, Grochot, Krost, Krzyk, Rus (‘jasnowłosy), Smarczek, Kobyłka, Piskorz, Żaba, Szydło

Były też w użyciu odziedziczone imiona imiesłowowe, np. Chocian (‘chciany’), Goszczon, Kochan, Miłowan, Poznan (od tego imienia pochodzi nazwa miasta Poznań), Wygnan itp., jak również imiona patronimiczne, tzn. tworzone za pomocą formantów -ic, -owic, -ewic od imienia ojca, np. Rusowic (‘syn Rusa’), Sarbinowic (‘syn Sarbina’).

Na co dzień były jednak w użyciu różnego rodzaju skrócenia, zdrobnienia i spieszczenia. Imiona dwuczłonowe były skracane w rozmaity sposób: „same” skracały się w związku z przesunięciem akcentu na sylabę początkową (jak wieliki na wielki): Bogodan na Bogdan, Kazimir na Kaźmir, Radosław na Radsław i Racław (od tej formy pochodzi nazwa miejscowości Racławice), Więcesław na Więcsław i Więcław, Wrocisław na Wrocsław i Wrocław (od tej formy pochodzi nazwa miasta Wrocław) itd.; użytkownicy skracali je dla wygody przez opuszczenie końcowej części, np. Cieszymysł na Cieszym, Sulimir na Sulim itp., lub całego drugiego (Blizbor na Bliz), a czasem też pierwszego członu, np. Dzierżykraj na Kraj. W ten sposób skracane imiona były przeważnie opatrywane formantami zdrabniającymi (spieszczającymi). Tak np. Dobek itp. od imienia z pierwszym członem dobie- (np. Dobiegniew, Dobiesław); Dobroń, Dobrosz, Dobrzynia (dobro-, jak Dobromysł); Gniewosz (gniewo-, jak Gniewomir); Milej, Milik, Milich, Miłoch, Miłosz (miło-, jak Miłowit, Miłowuj); Radost, Radosz (rado-, jak Radociech, Radosław); Sławik, Sławosz (sławo-, jak Sławomir); Suł, Sułek, Sulik, Sulisz (suli- ‘obiecać’, jak Sulisław, Sulidziad, Sulistryj).

Wraz z chrztem Polski dotychczasowy zasób odziedziczonych imion rodzimych wzbogacił się o imiona chrześcijańskie. Rozpowszechniały się one jednak bardzo powoli. Oczywiście na chrzcie każdy otrzymywał imię świętego patrona, lecz na co dzień go nie używał, a czasem wręcz nie pamiętał. W Bulli gnieźnieńskiej na dziesiątki, a właściwie nawet setki imion rodzimych występuje zaledwie kilka imion chrześcijańskich. Dopiero od XIV są w powszechnym użyciu, a w wieku XVI zdecydowanie dominują nad imionami rodzimymi. Te ostatnie szybko wychodzą z użycia, oprócz kilku, które stały się chrześcijańskimi, zyskując świętych patronów: Wacław, Wojciech, Władysław, Stanisław, Kazimierz. Inne powtórnie pojawią się dopiero w XIX w., wskrzeszone pod wpływem idei romantycznych, w części zniekształcone na skutek błędnego odczytania w tekstach średniowiecznych.

Średniowieczna fala niemczyzny pozostawiła też po sobie niemieckie imiona, używane w postaci spolszczonej: Biernat (Bernard), Dzietrzych (Dietrich), Dziecimiar (Dietmar), Jerzman (Herman), Zebrzyd – stąd nazwa miasta Zebrzydowice i nazwisko Zebrzydowski – (Siegfried).

Gruntowne spolszczenie najstarszych imion chrześcijańskich sprawia, że są one dla nas nierzadko trudne do zidentyfikowania. Każdy bez trudu się zorientuje, że Bieniedzikt to łaciński Benedictus; trudniej natomiast rozpoznać w naszym Bończy łacińskie imię Bonifacius, odkryć, że Jactor wywodzi się z imienia Hector, Jatacz z Horatius, Jeronim z Hieronymus, Larysz z Hilarius, Szczedrzyk z Theodorius, Tworzyjan z Florianus, Więceniec z Vincentius, a Dziurzy to stara wersja Jerzego (łac. Georgius) itp. Łatwo zauważyć, że dziś używamy postaci o wiele słabiej przyswojonych, bliższych formom łacińskim: Benedykt, Hieronim, Hilary, Florian, Wincenty… Ponadto w średniowieczu zdarzały się też przypadki tłumaczenia imion przejrzystych pod względem etymologicznym, np. Sylwester (od silva ‘las’) został przełożony na Lasota, Ignatius (od ignis ‘ogień’) – na Żegota (od żec ‘palić’, jak w słowie podżegać, czyli ‘podpalać’). Te przyswojone imiona chrześcijańskie też bywały skracane i zdrabniane. Tak więc z Bieniedzikta powstał Bień, Bieniek, Biniek i Biniak, z Jakuba – Jakusz i Kuba, z MichałaMichnik, z Pawła – Pach, Pasz i Paszek (z tej formy wywodzi się nazwisko znanego pamiętnikarza Jana Chryzostoma Paska – Pasek to po prostu dialektalna mazowiecka postać formy Paszek), z Piotra – Piech, Piechnik, Piechniczek, Piesz, Pieszek, Pietrzyk. Im bardziej popularne imię, tym więcej zdrobnień: od Jana mamy ich cały szereg – Jach, Jasz, Jaszek, Jaszko, Janik, Jańczyk, Jańczak, Janisz, Janusz, Janota, podobnie od Stanisława (imię rodzime, lecz równocześnie od XIII w. chrześcijańskie): Stach, Stachura, Stasz, Staszek, Staszko, Stanisz, Staniszko, Stanoch, Staniek, Stańczyk, Stachnik.

Niektórzy z Państwa zauważą, że wiele takich pierwotnych zdrobnień występuje dziś w innej roli. Jest tak dlatego, że imiona, a zwłaszcza ich formy zdrobniałe, stały się jednym z najważniejszych źródeł kształtujących się od XVI w. nazwisk.

– Tomasz Marek

za: prof. B. Walczak, Zarys dziejów języka polskiego
za: http://heraldry.sca.org/names/paul/zmorphem.html

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , | 1 komentarz

Czy można kiwać przecząco głową?

Dominika Pełka dla Językowych Dylematów – styczeń 2013 ©

Ostatnio w kolejno redagowanych książkach dwojga różnych autorów natknąłem się na określenie, że bohaterowie „kiwali przecząco głową”.

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, skąd się coś takiego bierze, czy może jest to jakaś naleciałość regionalna spotykana w jakimś dialekcie, czy też kalka z jakiegoś obcego języka. Widzę jednak, że na stronach books.google.pl jest trochę publikacji, w których bohaterowie „przecząco głowami kiwają”.

W Korpusie języka polskiego PWN znalazłem jedno takie użycie, z książki Stanisława Dygata Jezioro Bodeńskie. Oto ten fragment:

– Ach, pamiętnik – pokiwał głową ze zrozumieniem – pan sobie czyta, żeby wspominać i tęsknić.
Kiwam przecząco głową.
– Nie, wcale nie tęsknię.

Na marginesie warto zwrócić uwagę, jak niestarannie przytoczony został fragment. Łączniki zamiast półpauz to jeszcze pół biedy, gorzej, że źle zapisano nazwisko autora (Dydat). No i na to, że to kiwanie ze zrozumieniem, a zaraz potem „kiwanie przecząco” jest samo w sobie trochę słabe, abstrahując już od istoty tego wpisu.

W każdym razie na gruncie polszczyzny, jeśli komunikujemy ruchem głowy, że się z czymś nie zgadzamy, wykonując nią ruchy poziome w lewo – w prawo, to możemy powiedzieć, że:
głową kręcimy,
głową potrząsamy,
zaprzeczamy ruchem głowy.

Kiwanie głową jest jednak zarezerwowane dla – nomen omen – potakiwania.

Bezsens tego „kiwania przecząco” jest i taki, że naruszamy regułę ekonomiczności języka – nie dość, że mówimy niejasno i nieestetycznie, to jeszcze bezzasadnie przedłużamy wypowiedzenie. Apeluję do redaktorów polskich książek, by to „kiwanie przecząco głową” na etapie adiustacji tekstu rugowali.

– Paweł Pomianek

Zaszufladkowano do kategorii Językowe dylematy | Otagowano , | 3 komentarze

Czas zaprzeszły – czy to tylko historia?

Gdybym ja była wiedziała, że więcej dzieci przyjdzie,
to byłabym naskrobała więcej ziemniaków.
/ Zdjęcie: Wikipedia, domena publiczna

Podczas nauki szkolnej zapewne wszyscy dowiedzieliśmy się, że język polski zna trzy czasy: przeszły, teraźniejszy i przyszły. Tak też twierdzą popularne współczesne gramatyki. Czy to prawda?

Większości z Państwa wiadomo, że czasów gramatycznych w językach obcych jest więcej niż w polskim. Historycznie rzecz ujmując, czasów w języku polskim, czy raczej starosłowiańskim, również było znacznie więcej. Stały się one podłożem rozwoju wielu współcześnie istniejących form gwarowych. Niektóre z nich są wciąż akceptowane na gruncie starannej polszczyzny. Jak ta:

Gdybym ja była wiedziała, że więcej dzieci przyjdzie, to byłabym naskrobała więcej ziemniaków.

Tego typu konstrukcje to wyższa szkoła jazdy, może dlatego nie są przedmiotem nauki w szkole powszechnej. W tej występuje podobieństwo do czasu zaprzeszłego, ale gramatyki akademickie traktują ją raczej jako przykład trybu warunkowego nierzeczywistego niż czasu zaprzeszłego. Typowe przykłady czasu zaprzeszłego pojawiają się w trybie orzekającym, np.:

Naskrobała była babka ziemniaków, zanim się okazało, że gości nie będzie.

Powyższe zdanie jest całkowicie poprawne, ale współcześnie widoczna jest tendencja stylistyczna do zastępowania czasu zaprzeszłego czasem przeszłym (tzn. bez czasownika posiłkowego była). W przytoczonej wypowiedzi zastąpienie naskrobała była przez naskrobała nie zmienia jej sensu ani nie ujmuje zrozumiałości, ale już przy czasownikach winien i powinien jest inaczej.

Zdanie: Jan powinien się uczyć jest bez kontekstu niejasne; nie wiadomo, kiedy Jan powinien się uczyć – rok temu, teraz czy za rok. Nie wiadomo też, czy Jan się uczy i powinien uczyć się nadal, czy jeszcze nie zaczął; ani czy sprawa jest wciąż aktualna, czy jest już historią. W przeciwieństwie do powyższego, zdanie: Jan powinien był się uczyć, jest jednoznaczne; wiadomo, że chodzi o czas miniony, a Jan się nie uczył i na naukę już za późno.

Tak więc, o ile użycie czasu zaprzeszłego przy większości czasowników trąci myszką i jest obecnie uważanie za stylizację, to w przypadku niektórych, jak wzmiankowane winien i powinien, stosowanie go w zdaniach dotyczących przeszłości jest godne polecenia ze względu na ścisłość wypowiedzi.

— Tomasz Marek

za: prof. M. Bańko, Poradnia PWN.

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano | 3 komentarze

Czy wiesz, że… Ciekawostki językowe (48)

Na koniec listopada tradycyjna dawka językowych ciekawostek, ponownie przygotowanych przez Tomasza Marka.

Dziś tak nowe, młodzieżowe słowo banować było znane w XVII w.
Znaczyło ’gryźć się‘, ’smucić‘.
/ Dominika Pełka dla JD – styczeń 2013 ©

1.
Czy wiesz, że…

dziś tak nowe, młodzieżowe słowo banować było znane w XVII w.? Znaczyło ’gryźć się‘, ’smucić‘ i Brückner przypisuje mu węgierskie pochodzenie. Pokrewne było bańtować, co tłumaczy się jako ’niepokoić‘, ’urażać‘. W kolędzie z 1693 r. pobanowaty użyto w znaczeniu ’obrażony’.
I tak oto angielski ban (po polsku: ’szlaban‘) może spowodować, że od czterystu lat „gryziesz się” i „smucisz”, bo „uraziłeś” kogoś i teraz „niepokoisz się”, co dalej. A jeśli nie, to czujesz się „obrażony”.

2.
Czy wiesz, dlaczego…

mówimy gnieźnieński, a nie *gnieski; azjatycki, a nie *azjaski; afrykański, a nie *afrycki; itp.? Otóż jest to zaszłością spowodowaną pochodzeniem tych przymiotników od przymiotników łacińskich: gnesnensis, asiaticus, africanus, a nie od polskich rzeczowników Gniezno, Azja, Afryka. Dotyczy to większości przymiotników zakończonych na –ski.
za: J. Łoś, Gramatyka języka polskiego

3.
Czy wiesz, że…

rzeczownik ogół oznaczał dawniej ’pozór, zdradę‘? Różnie bywał zapisywany: ogol, ogoł, uogul, ogul. Ciekawie jest prześledzić, jak znaczenie tego słowa zbliżało się do współczesnego. I tak „zalecać […] na uogulach” w roku 1561 znaczyło ’polecać […] zdradliwie‘. „Ta zgoda na ogulach u niego zostaje, gdy mu się okazyja odwłoki podaje” (1668 r.). Potem „na ogółach mówić” znaczyło ’co innego mówić, a co innego myśleć‘. W 1860 r. „powiedzieć na ogólak” znaczyło: ’dwuznacznie‘. Brückner porównuje ogół do ruskiego ohułyty – ’oszukać‘, ’okpić‘.
To teraz, kiedy usłyszymy ogólniki, będziemy wiedzieli, co myśleć.
za: A. Brückner, Język Wacława Potockiego…

4.
Na pewno wiesz, że…

poruta (wyrażenie określane w SJP PWN jako potoczne) oznacza ’wstyd, kompromitację‘. Ale czy wiesz, skąd to słowo pochodzi? Otóż ruta (roślina z południowo-wschodniej Europy) odgrywa wielką rolę w kulturze ludowej i – co za tym idzie – we frazeologii. Jej znaczenie bierze się stąd, że była zwyczajowo stosowana do plecenia wianków, obowiązkowo zdobiących głowy panien w całej słowiańszczyźnie. Siać rutkę oznacza panieństwo, w przysłowiach i obelgach staropanieństwo, bo skoro dziewczyna (wciąż) sieje rutę (na swój wianek), to męża nie ma i takiego się nie spodziewa. Która dziewictwo straciła (choćby przed ślubem), nosiła się jak mężatka, czyli białogłowa (tzn. na obcięte włosy zakładała białą chustę). Wianek (ruciany) przysługiwał tylko pannie, stąd gdy „brzuch” niezamężnej się przytrafił, mówiono o porucie, czyli że już jest „po rucie” (po wianku).

Zaszufladkowano do kategorii Ciekawostki językowe | Otagowano , | Dodaj komentarz