O polszczyźnie da się pisać porywająco! Recenzja 497 błędów Łukasza Mackiewicza

Już po kilkudziesięciu stronach lektury 497 błędów miałem pewność, że książka Łukasza Mackiewicza, właściciela eKorekta24.pl, trafi do trójki moich ulubionych, najbardziej atrakcyjnie napisanych książek na temat polszczyzny.

okładka "497 błędów"

Zdjęcie okładki ze strony: 497bledow.pl

Niezwykle ambitnego zadania podjął się autor, który na przeszło 450 stronach swojego opracowania próbuje pokazać czytelnikowi niemal całe spektrum błędów językowych. Wprawdzie sam we wstępie zaznacza, że w przypadku podziału błędów da się stosować jeszcze inne kryteria i wydzielać kolejne ich rodzaje, ale książka jest tak obszerna, że bez wielkiego ryzyka można pokusić się o stwierdzenie, że to swoiste kompendium błędów językowych, które warto polecić zarówno osobom zajmującym się językiem profesjonalnie, jak i zwykłym użytkownikom polszczyzny.

Nie pozjadał wszystkich rozumów

A jednym i drugim warto polecić książkę przede wszystkim dlatego, że charakteryzuje ją ogromna przystępność i przejrzystość.

Z Łukaszem na płaszczyźnie zawodowej (choć nie osobiście, bo mieszkamy niemal na dwóch przeciwległych krańcach Polski) znamy się od lat, a autor kilka lat temu (prawie 8? – ależ ten czas leci!) opublikował nawet u nas wartościowy artykuł Norma wzorcowa, norma użytkowa i uzus, czyli różne odcienie poprawności językowej. Z pewnością więc nietrudno było mi mieć od początku przychylne podejście do jego publikacji.

Tak czy siak autor kupił mnie sobie już na początku. Należę do tych, którzy czytają książki dość dokładnie. Nie pomijam nigdy przypisów, a zazwyczaj przeglądam nawet stronę metryczkową. I tam urzekła mnie notatka, którą znalazłem:

Tu powinna się znaleźć informacja, że „wszelkie prawa zastrzeżone” i takie tam. Chciałbym jedynie powiedzieć, że włożyłem bardzo dużo wysiłku w napisanie tej książki. Jeśli zależy Ci na posłużeniu się jej fragmentem – po prostu poinformuj o źródle cytatu. Tyle wystarczy 🙂

Nie straszy sądami. Po prostu zachęca do uczciwości. Zwracam na to uwagę nie bez kozery. To bowiem, co chyba najbardziej odróżnia publikację Mackiewicza od tych pisanych przez profesorów, to przede wszystkim brak nadęcia, świadomość tego, że sam popełnia błędy językowe, i otwarte przyznawanie się do tego; przekonanie, że cały czas może się czegoś nauczyć.

Ów efekt wow!, jak go sobie roboczo nazwałem, był w istocie głównym kryterium wyboru błędów. Skłamałbym, gdybym powiedział, że sam go nie doświadczyłem, szukając – już poza tekstami redagowanymi przeze mnie – błędów wartych opisania. Gdyby nie ta książka, do dziś bym nie wiedział, że brytfanna wcale nie zawiera w (…), nie istnieje słowo pufa (…), planetoida wymaga wymowy przez [j], à propos akcentuje się na ostatniej sylabie (…), a wasabi artykułujemy przez [ł] – [łasabi]. To zaledwie kilka (wstyd się przyznawać…) form i reguł, które mnie zdumiały (s. 19–20).

I masę podobnych przejawów szczerej pokory znajdzie czytelnik na stronach 497 błędów.

Jakie błędy wyróżnia autor

We wstępie autor prezentuje podstawowy podział potknięć językowych na błędy: ortograficzne, interpunkcyjne, leksykalne, fleksyjne, składniowe, fonetyczne. I właśnie ten podział wyznacza tematykę poszczególnych rozdziałów w książce. Jako część siódmą autor dorzuca jeszcze omówienie błędów edytorskich, dotyczących opracowania tekstu pod względem typograficznym.

Lwią część opracowania stanowią przy tym dwa rozdziały: Błędy fleksyjne i Błędy składniowe, które to wspólnie zajmują niemal 200 stron. Przejrzysty wielostopniowy podział w spisie treści (przykładowo: Deklinacja → Rzeczowniki → Błędy w deklinacji rzeczowników → Mianownik) zwiększa szansę na sprawne odnalezienie poszukiwanego błędu. Zresztą i same błędy w książce zostały dość jednoznacznie nazwane.

Tutaj chciałbym zaznaczyć, że mnie mimo wszystko odrobinę brakuje indeksu z kluczowymi wyrazami czy frazami, który jeszcze ułatwiłby wyszukiwanie treści. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że sporządzenie takiego indeksu byłoby bardzo kłopotliwe: co w nim uwzględnić, które wyrazy, czy tylko pojedyncze słowa, czy także kilkuwyrazowe sformułowania itd. Dodatkowo indeks wydłużyłby jeszcze i tak już obszerne wydawnictwo.

I atut, i wada

Wstęp generalnie jest bardzo mocną stroną książki, wpisując się zresztą w tę ogólną tendencję uczciwego traktowania czytelnika i konkretnego informowania go o wszystkim. Autor opowiada, skąd wziął się pomysł na książkę, skąd zaczerpnął przykłady błędów – jest ich przecież prawie pół tysiąca! Jak można się domyślić, pierwszą inspiracją były błędy, na które trafiał w redagowanych tekstach. Łukasz wyjaśnia też, co traktował jako błąd, a co jako formę poprawną – biorąc pod uwagę zawiłości polszczyzny i różne stopnie normy (wzorcowa, użytkowa), nie jest to wcale takie oczywiste.

Muszę poczynić istotne zastrzeżenie – zaznacza Mackiewicz – w książce referuję współczesne (2018) poglądy językoznawców na zagadnienia poprawności językowej. (…) Co decydowało o zakwalifikowaniu danej formy jako poprawnej? Otóż kryterium stanowiło to, czy ujęto ją w odpowiednim słowniku normatywnym (głównie ortograficznym albo poprawnej polszczyzny), rzadziej zaś opierałem się na słownikach opisowych, które przedstawiają pewne zjawiska językowe, ale nie oceniają ich pod kątem poprawnościowym (jak słowniki języka polskiego, wyrazów obcych, frazeologiczne) (s. 17).

Przyznam zresztą, że to opieranie się na wybranych słownikach poprawnościowych stanowi i atut (bo jasny punkt odniesienia jest ważny), i pewną wadę książki. Zwłaszcza że autor opiera się często na Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny PWN, który zazwyczaj prezentuje stanowisko twarde, zbyt mało otwarte na zróżnicowanie, tym samym traktując jako błąd formy akceptowane powszechnie w poradach językoznawców – lub co najmniej takie, w przypadku których zdania są podzielone.

Dla zobrazowania, o czym piszę, dwa przykłady z książki – jako kamyczek do ogródka autora w tej jakże przecież pozytywnej recenzji.

Kompendium błędów dopuszcza pisownię powiedzenia jak filip z konopi (s. 43) wyłącznie małymi literami – prawdopodobnie właśnie za WSPP. Jako poprawna wskazana jest ta wymieniona forma, podczas gdy jak Filip z konopi określona jest jako błąd. Rzecz w tym, że istnieje jeszcze trzecia wersja: jak Filip z Konopi. Skąd wzięła się ta pisana małymi literami i ta zapisywana od wielkich liter, przedstawiłem kiedyś w artykule Cóż to za Filip wyrwał się z konopi?. Słowniki nie są w kwestii pochodzenia i pisowni tego powiedzenia zgodne, niejednokrotnie podając obie formy jako alternatywne. Tymczasem 497 błędów wskazuje tylko jedną, przemilczając drugą możliwość, a wersję z kontaminacją po prostu piętnując (co akurat wydaje się słuszne).

Jako błąd 119 (s. 131) autor wskazuje postawienie przecinka przed nierozwiniętym zdaniem składowym, np. w wypowiedzi: Zastanawiam się po co (to forma poprawna). Odwołuje się tu, jak się domyślam, do Wielkiego słownika ortograficznego PWN (zob. tutaj). Wśród przykładów w książce 497 błędów znajduje się jednak i taki: Nie wiedział gdzie i kiedy – to miałaby być poprawna forma, podczas gdy wersja z przecinkiem (Nie wiedział, gdzie i kiedy) zostaje podana na czerwono jako błąd. Tymczasem słownik nie zawiera żadnego przykładu z dwoma wyrazami połączonymi spójnikiem, a prof. Mirosław Bańko w poradni językowej PWN pisze o tym tak (zob. tutaj):

W słowniku podano na tę okoliczność jeszcze kilka innych przykładów, ale w żadnym nie ma zaimków połączonych spójnikiem (…). Piszący muszą więc decydować sami [wszystkie podkreślenia moje – PP].

Moim zdaniem zacytowany tu przepis jest niepotrzebny. Nie ma sensu normalizować wszystkiego, zwłaszcza gdy regulacja nie obejmuje całości problemu. Oczekiwanie użytkowników polszczyzny – a więc pewnie też korespondentów naszej poradni – jest jednak takie, aby na wszystko był jakiś przepis (czytaj: paragraf). Nie mogę się więc uchylić od odpowiedzi i proponuję, aby zacytowanej wyżej uwadze 2 nie nadawać interpretacji rozszerzającej, lecz stosować ją tylko do samotnych zaimków, tak jak w przykładach podanych w słowniku. W innych sytuacjach, gdy w wypowiedzeniu podrzędnym brak orzeczenia, radzę używać przecinka, np.

  1. Powiedział, co i jak.
  2. Nie wiemy, kto, z kim, kiedy i dlaczego.
  3. Siostra? Ciekawe, czyja siostra?

Przykład 2 powinien służyć za najlepsze uzasadnienie: gdyby pominąć przecinek przed kto, doszłoby do dziwnej sytuacji, w której przecinek wskazywałby na granice między zaimkami, a nie wskazywał strukturalnie ważniejszej granicy między wypowiedzeniem nadrzędnym a podrzędnym.

Dobrze byłoby unikać wskazywania błędu w przypadkach, gdy żadna z form nie jest piętnowana przez słowniki. Zwłaszcza że za poprawną można czasem arbitralnie uznać wersję gorszą.

I takie rzeczy się w tej książce zdarzają, choć tego rodzaju niedociągnięcia to ogromna rzadkość.

Nowoczesna, kolorowa szata graficzna

Bodaj najsilniejszą stroną książki Mackiewicza jest jej graficzne dopieszczenie. Trzymam w rękach publikację wydaną niedawno przez PWN: Ucha, fochy, tarapaty Agaty Hąci. Jakkolwiek sama treść wydaje się atrakcyjna, tak przygotowanie graficzne jest bardzo słabe i to w wydawnictwie, co do którego chciałoby się, aby także w tym względzie stanowiło wzór.

Na drugim biegunie jest 497 błędów. Bez żadnej przesady i niesmacznego podlizywania się mogę powiedzieć, że jest to najbardziej nowocześnie wydana książka językoznawcza, jaką miałem w ręku. Przyjemna, profesjonalna czcionka szeryfowa, szeroka, niemęcząca oka interlinia, dużo światła, eleganckie marginesy, nowocześnie wydzielone graficznie ciekawostki, no i fakt, że mamy kolory: na zielono zaznaczono formy poprawne, a na czerwono błędne. Oko ma możliwość naprawdę fajnie wyłapywać i porządkować pewne treści.

Zresztą, żeby nie być gołosłownym, wrzucam przykładowe zdjęcie dwóch stron książki:

strony 218–219

Strony 218–219, zdjęcie własne autora recenzji.

Ładne, prawda?

Tutaj raz jeszcze zaglądam na stronę metryczkową i widzę, że skład i łamanie wykonała Marta Krzemień-Ojak z https://www.behance.net/krzem. Rzadko pewnie recenzenci zwracają uwagę na pracę redaktora technicznego, ale w tym wypadku należą się ogromne słowa uznania. Gdyby nie strona graficzna, być może moglibyśmy umieścić tę książkę po prostu w gronie wielu dobrych książek językoznawczych – a tak, absolutnie się wśród nich wyróżnia. I piszę to także jako osoba od lat zajmująca się również (choć nieregularnie) składem książek.

Liberał językowy?

Pisałem o tym, że stosując – z konieczności, do czego Łukasz się we wstępie bez bicia przyznaje – zerojedynkowy podział na formy poprawne i niepoprawne oraz korzystając z WSPP autor nieco usztywnia stanowisko dotyczące błędów. Wszędzie tam jednak, gdzie szef eKorekta24.pl dodatkowo prezentuje na jakiś temat własne stanowisko lub odcina się od poglądów prezentowanych w słownikach – zdaje się zbliżać do bliskiego mi stanowiska liberalizmu językowego.

Rzecz jasna mam na myśli liberalizm językowy jako postawę osoby profesjonalnie zajmującej się językiem, a nie jakiegoś rewolucjonisty, który chciałby modyfikować ortografię, bo trudna. Postawę, którą mam na myśli, cechuje po prostu otwarta głowa.

Tak jest na przykład, gdy autor krytykuje niedopuszczanie przez słowniki formy otworzyć postępowanie (poprawnie: wszcząć, wdrożyć postępowanie).

(…) piętnowanie, bądź co bądź dość powszechnej, konstrukcji otworzyć postępowanie wydaje się niezasadne, bo dzięki niej w czasie przyszłym moglibyśmy bez niepotrzebnych wygibasów językowych powiedzieć, że komisja otworzy postępowanie

– pisze (s. 172).

Bardzo bliskie jest mi również jego podejście do przydawek równorzędnych i nierównorzędnych:

W praktyce rozróżnianie przydawek równorzędnych i nierównorzędnych bywa szalenie trudne i stanowi jedno z większych wyzwań interpunkcji polskiej

– zaznacza, a podawszy kilka przykładów, w których rozstrzygnięcie wydaje się szczególnie trudne, konstatuje:

Na dobrą sprawę we wszystkich przykładach można obronić dwojaką interpunkcję – z przecinkiem między przydawkami lub bez niego. Wydaje się, że dodanie przecinka zmienia nieznacznie sens, bo zrównuje wagę obu przydawek. (…)

Trudno oprzeć się wrażeniu, że są to rozważania czysto teoretyczne, a czytelnik nie dopatrzyłby się różnicy znaczeniowej w zależności od tego, czy przecinek zostałby dodany, czy nie.

„Witam!”

Recenzując tę publikację, nie sposób pominąć milczeniem tego, co Łukasz pisze o kontrowersyjnym przywitaniu „Witam”, funkcjonującym już dość powszechnie w polszczyźnie. Nie sposób pominąć, bo autor poświęca temu zagadnieniu aż… trzy strony. W zasadniczej części rozważania autor wypowiada się na temat samego tego przywitania i robi to w tonie raczej przychylnym:

Popularność tego zwrotu pozwala sądzić, że nie odejdzie on do lamusa. Jest zbyt potrzebny polszczyźnie, a piętnowanie go nie wydaje się zasadne. Używając witam, musimy jednak liczyć się z tym, że odbiorca uzna nasze pozdrowienie za niestosowne (sam właśnie dlatego unikam omawianego słowa w korespondencji zawodowej).

Następnie dyskusja nad tym zwrotem, a właściwie nad jego piętnowaniem, staje się dla autora kanwą dla bardzo ciekawej refleksji kulturalnojęzykowej, w której po raz kolejny wychodzi, jak ludzkie i życzliwe względem innych podejście ma Mackiewicz:

Błędy popełnia każdy, nawet redaktorzy. Każdy też używa innego słownictwa. Czasem zbyt frywolnego, czasem może niestosownego, a czasem i wulgarnego. Mimo to nigdy, ale to nigdy język, jakim posługuje się druga osoba, nie powinien rzutować na nasz stosunek do niej.

Nad tymi kwestiami oczywiście można dyskutować, ale pewne jest jedno: lektura całej części poświęconej „Witam” jest punktem obowiązkowym dla wszystkich, którzy mają tę książkę lub zdecydują się ją nabyć (do czego zachęcam).

Kopalnia wiedzy

Mnie ta książka zachwyciła. Jest kolejnym dowodem na to, że o języku polskim można pisać w sposób porywający i przystępny dla wszystkich. 497 błędów – ze względu na swoją przejrzystość i komplementarność ujęcia problemu błędów językowych – powinna się znaleźć na półce każdego redaktora i korektora tekstów. Polecam gorąco także innym osobom zainteresowanym językiem – otwartość autora na pewno sprawi, że lektura zrodzi wiele dodatkowych refleksji i stanie się przyczynkiem do wielu nowych, ciekawych językowych debat. I niebagatelnie poszerzy wiedzę językową każdego czytelnika. W moim przypadku – choć pracuję z językiem na co dzień jako redaktor – tak właśnie było!

Na koniec – jako puentę – zostawiłem sobie jeszcze jeden cytat, który wpisuje się w całokształt podejścia do języka autora 497 błędów, ale też i jest odzwierciedleniem mojej postawy do języka, o którym zawsze mówię, że nie jest świętą krową, ale narzędziem. Jest godny szacunku i pielęgnowania, jest także wyrazem tożsamości, ale jednak przede wszystkim ma funkcję służebną, a nie głównie estetyczną:

Język służy nam do komunikowania się, a więc jeśli istnieje ryzyko, że mielibyśmy zostać niezrozumiani, precyzja przekazu powinna być dla nas istotniejsza niż reguły językowe (s. 229–230).

PS

Być może kogoś z czytelników tej obszernej recenzji zafrapowało na początku, jakie dwie książki językoznawcze zajmują pozostałe miejsca mojego prywatnego podium. Spieszę wymienić:

Mirosław Bańko, Mały słownik wyrazów kłopotliwych (Warszawa, PWN 2003) – z którego wielokrotnie korzystałem, przygotowując ciekawostki językowe.

Andrzej Markowski, Teoria. Zagadnienia leksykalne (Warszawa, PWN 2009) – o której pisałem tutaj.

– Paweł Pomianek

Łukasz Mackiewicz, 497 błędów. Jak nie zbłądzić w zawiłościach polszczyzny, Elbląg 2018, ss. 462.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty publicystyczne i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *