Czy warto korzystać z wyrazów i określeń obcojęzycznych?

Kilka dni temu, odpowiadając na pytanie czytelnika, pisałem o tym, czy warto odmieniać wyrazy obcojęzyczne. Uznałem, że przy tej okazji warto omówić kwestię bardziej podstawową: czy w ogóle należy korzystać z tego typu określeń i włączać je do polszczyzny. Robię to dziś – w osobnym artykule.

Młodzi footballiści. / Zdjęcie: Photoxpress

W tekście na stronach Rady Języka Polskiego pochodzącym z 2001 r., czytamy:

Prawie każdy wyraz pospolity (czyli taki, który nie jest nazwą własną), należący do jakiegoś języka, można przetłumaczyć na język obcy. Nawet, jeśli w danym języku nie ma odpowiednika jakiegoś słowa obcego, to na potrzeby tekstu można go stworzyć. Tak więc podane przez Panią (jako przykład) wyrażenie „Didactic Consultant” po polsku brzmi „doradca dydaktyczny”. Nie widzę zatem powodów, dla których autorzy tekstów obcojęzycznych mieliby wymagać, by użyte przez nich słowa obce nie były tłumaczone na język polski.

No cóż, od tej chwili minęło już 18 lat, a procesy zapożyczania (zwłaszcza słownictwa technicznego czy biznesowego) z języka angielskiego zdecydowanie przyspieszyły. Liczę, że ocena językoznawców normatywistów nie jest już tak radykalna, choć zawsze znajdą się językowi puryści, którzy chcieliby ustrzec polszczyznę od obcych wpływów.

Nieco inaczej niż w powyższym cytacie akcenty rozkładają autorzy Nowego słownika poprawnej polszczyzny, którzy piszą:

Jeżeli zapożyczamy z języków obcych tylko słownictwo, zwłaszcza nazwy nowych, nie znanych dotąd desygnatów, nie ma powodów do krytyki tego procesu, typowego dla wielu współczesnych systemów leksykalnych, podobnie jak nasz dalekich od samowystarczalności. Ocenę zjawiska łagodzi jeszcze ograniczanie zasięgu stosowania pożyczek do terminologii naukowo-technicznej oraz przyswajanie polszczyźnie takich wyrazów, które są znane i używane w wielu językach, gdyż internacjonalizacja słownictwa z jednej strony ułatwia (przyspiesza) międzynarodową wymianę myśli, z drugiej umożliwia pracom naszych naukowców swobodne wejście w obieg światowy. Warunkiem akceptacji takich zapożyczeń w tekstach jest tylko dobra znajomość ich znaczeń, a w wypadku cytatów także oryginalnej wymowy i pisowni.

I przyznam, że takie postawienie sprawy bardzo mi się podoba. W artykule sprzed kilku dni podałem przykład wyrazu contentmarketingowy stosowanego w świecie biznesu oraz nowych technologii. Przyznam, że zupełnie nie przekonuje mnie propozycja używania zamiast określenia content marketing określenia marketing treści czy – jak chce autor opinii na RJP – zamiast didactic consultantdoradca dydaktyczny.

A oto moje argumenty:

  1. Te polskie odpowiedniki nic nie znaczą i nie są wcale dla odbiorców języka jaśniejsze niż terminy oryginalne. Weźmy ten nieszczęsny marketing treści… Może raczej treściowy? Co i tak niczego nie rozjaśnia, bo przecież każdy marketing z zasady powinien zawierać jakąś treść.
  2. Polskie tłumaczenia zazwyczaj gubią oryginalną głębię znaczeń, stosowanie specjalistycznych zwrotów obcojęzycznych pozwala sięgnąć do prawdziwego sensu wyrazów na bazie języka, z którego pochodzą, i lepiej je zrozumieć.
  3. Tworzy się fatalna moda na budowanie kalek językowych, którą uważam za dużo gorszą i o wiele bardziej niebezpieczną od stosowania wyrazów cytatów. Kalki językowe nie tylko gubią przekaz języka oryginalnego, ale też powodują przesunięcia znaczeniowe wyrazów znanych polszczyźnie od dawna, za sprawą czego podwójnie tracimy precyzję wyrażenia oraz rozmywamy ostrość wyrażeń w naszym języku.
  4. Teksty z wyrazami cytatami brzmią o wiele bardziej poważnie i są – z wyżej wymienionych względów – bardziej ścisłe, co sprawia, że tekst może być bardziej lakoniczny (przemawia więc za nimi kryterium ekonomiczności języka).

Jak pewnie stałym czytelnikom tekstów na moim blogu wiadomo, jestem kibicem futbolu amerykańskiego. Zdecydowaną większość meczów oglądam z amerykańskim komentarzem i generalnie myślę o tym sporcie anglojęzycznymi terminami. Próby tłumaczenia prostych terminów amerykańskich, oddawanych często w pisowni dwu- lub trzyliterowymi skrótowcami zrozumiałymi dla większości czytelników tekstów specjalistycznych także w języku polskim, byłyby karkołomne i niepomiernie wydłużałyby tekst.

Po stokroć wolę też, gdy jakiś polski spiker mówi po prostu incomplete pass niż nieszczęsne podanie niekompletne lub podanie niepełne. Bo przecież tutaj – nomen omen – kompletnie nie o to chodzi, że ono jest niekompletne (jak podanie może być niekompletne lub niepełne) – tylko że jest zwyczajnie nieudane, ewentualnie niecelne (zwłaszcza że ten sam termin – incomplete pass – stosuje się w hokeju i tam z tłumaczeniem tego właśnie w ten sposób nie ma żadnego problemu), niezłapane czy – to już naprawdę od biedy – niedopełnione. Prawda, że ta ostatnia wersja też brzmi głupio? A i tak o wiele lepiej oddaje sens określenia incomplete pass niż to nieszczęsne podanie niekompletne.

Po prostu każdy język ma swoją logikę i to, co za pomocą danych słów oddamy w jednym języku, przetłumaczone żywcem na inny staje się zupełnym nonsensem.

– Paweł Pomianek

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty publicystyczne i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na Czy warto korzystać z wyrazów i określeń obcojęzycznych?

  1. Skrzymir pisze:

    Na pewno warto przyjmować wyrazy obce w większości dziedzin, również np. w naukach ścisłych, szczególnie gdy są to nowe wyrazy. Ja bym jednak robił wyjątek dla nauk humanistycznych. Uważam, że powinniśmy powracać do sposobu tworzenia wyrazów wzorcowego w staropolszczyźnie i w ogóle wręcz wypaczać słowa o –przynajmniej w powszechnym uznaniu — obcym pochodzeniu. Np. takich słów jak ‚charakter’ staram się w ogóle nie używać w piśmie, zastępując „osobistością; właściwością” itp. ‚Nauki humanistyczne’ chętnie zastąpiłbym „naukami człowieczystycznymi”, a ‚filozofię’ chociażby „wiedzooglądem” (sens /wielbienia/ wiedzy w słowie /filozofia/ powinien być wyparty na rzecz szerszego zakresu ściślej powiązanego z /oglądem/).
    Uważam, że na dłuższą metę, jeśli Świadomość Słowian-Lechitów choć cząstkowo przetrwa, nieuniknione jest „zesłowiańszczenie” wszystkich obecnie używanych wyrazów — nie tak, żeby się ich zupełnie pozbyć, ale żeby dało się mówić po słowiańsku, tj. tak, że nawet najdawniejsi przodkowie rozumieliby sedno i żaden wyraz nie brzmiałby dla nich obco.
    W tym duchu jest też ten wpis, bo poza użyciem słowa „humanistycznych” na początku i przytoczeniem paru słów, nic innego o obcym pochodzeniu się nie wkradło.

    PS W tekście powinno być „językoznawców-normatywistów” (brakuje połączenia myślnikiem).

    Pozdrawiam!

    • Dziękuję za ciekawy głos w dyskusji. Co do językoznawców normatywistów absolutnie nie mogę się zgodzić. Nie chodzi o normatywistów, którzy są językoznawcami i językoznawców będących normatywistami, tylko normatywistów na bazie językoznawstwa. Między tymi wyrazami nie ma równorzędności, więc łącznik jest ortograficznie absolutnie wykluczony.

      • Skrzymir pisze:

        Czy przecież nie jest wymagane bycie językoznawcą, aby robić coś „na bazie językoznawstwa”, będąc jednocześnie normatywistą? Wtedy też można napisać „językoznawczych normatywistów” albo „normatywistycznych językoznawców”.
        Skoro językoznawcy dochodzą do takich radykalnych *normatywistycznych* ocen, to albo są znaczeniowo równorzędni z normatywistami, albo są „na usługach” normatywistów — „językoznawców normatywistów” właśnie sugeruje to drugie, co chyba nie jest znaczeniem przez Pana zamierzonym.

        Teraz do mnie dotarło, że przecież przyjęło się pisać np. /fizyk teoretyk/, a nie /fizyk-teoretyk/, ale to moim zdaniem radykalny błąd. Po angielsku napisano by prawidłowo /physicist-theorist/ (pomijając powszechne /theoretical physicist/).
        Dlaczego miałbym uznać /fizyk/ i /teoretyk/ za nierównorzędne człony? Przecież chodzi o kogoś będącego jednocześnie fizykiem i teoretykiem. Nie rozumiem, gdzie błędnie myślę, jeśli rzeczywiście się mylę.

        • Tak, zdecydowanie fizyk teoretyk, bo chodzi o teoretyka od fizyki, a nie ogólnie życiowego 🙂 Tak samo z językoznawstwem. Nie wiem, czy do końca właściwie rozumie Pan termin językoznawcy normatywiści. To językoznawcy, którzy (jako językoznawcy) zajmują się ustalaniem, porządkowaniem normy językowej. Bezwzględnie jeden termin podlega tutaj drugiemu. Ich bycie normatywistami płynie z tytułów naukowych i wyspecjalizowania się w dziedzinie językoznawstwa. Nie są normatywistami poza tą dziedziną.

          • Skrzymir pisze:

            Językoznawca może przestać być normatywistą i pozostać językoznawcą, ale może też pozostać normatywistą, a przestać być językoznawcą. Bycie normatywistą (jako językoznawca) wymaga znacznie więcej niż samego językoznawstwa (i vice-versa).
            Tak samo z fizykiem-teoretykiem (niby błędna pisownia w tym sensie). Tak samo z laską-parasolem (już niby nie błędna, a sens ten sam).
            /Laska/ i /parasol/ w /laska-parasol/ też sobie podlegają i nie ma mowy o /parasolu ogólnie/ — /ogólnie/ parasol też może być laską, ale to samo się tyczy normatywisty, który też może być językoznawcą — więc o co chodzi?

            • Nie, właśnie nie może – to niemożliwe. Językoznawca normatywista przestałby być normatywistą natychmiast, gdyby przestał być językoznawcą. Tzn. mógłby być normatywistą w czym innym, ale przestałby być w kwestiach językowych. A mnie w ogóle nie chodzi o jego bycie normatywistą w czymkolwiek innym. Bycie normatywistą wynika tutaj stuprocentowo z bycia językoznawcą, natomiast z tym, że jest to krok dalej – można się zgodzić (ale to tylko potwierdza pisownię rozdzielną). Rozmawiamy tutaj o rzeczach w polszczyźnie oczywistych i ustalonych od dawna, zamkniętych w jednoznacznej zasadzie ortograficznej, do której odsyłam (tutaj). Oczywiście pojedyncze przypadki mogą rodzić dyskusje co do równorzędności między wyrazami. W przypadku językoznawców normatywistów takich wątpliwości nie ma. W każdym razie w tym sensie, w jakim ja chcę o nich powiedzieć: chodzi mi o językoznawców, którzy mają kompetencje formułować normę językową. To jest dokładnie tak jak z lekarzem chirurgiem.

            • PS Przeczytałem raz jeszcze uważnie Pana drugą wypowiedź, tę zawiłą. I tak się zastanawiam, czy Pan nie rozumie określenia normatywista jako jakiegoś przytyku? Jakiegoś sądu wartościującego? W sensie, że normatywista to ktoś, kto myśli źle i tworzy jakieś sztuczne normy? Oczywiście absolutnie nie o to mi chodziło.

              • Skrzymir pisze:

                /Normatywistę/ rozumiem tutaj jako kogoś stosującego i kształtującego normy językowe.

                Dochodzę do wniosku, że trzeba tak to odbierać, iż /językoznawcy normatywiści/ to tacy językoznawcy, którzy *przede wszystkim* kształtują normy w swoim językoznawstwie. I z tym mam problem, bo tacy językoznawcy istnieją tylko „chwilowo”, tj. są jednak głównie językoznawcami, a tylko czasem kształtują normy.
                Np. z inżynierem górnikiem jest inaczej, bo ten nieustannie (w pracy) jest górnikiem.
                Artysta grafik też jest nieustannie lub przede wszystkim (w swojej pracy) grafikiem.
                Lekarz chirurg może rzadko wykonywać chirurgię, ale to jest przede wszystkim to, co definiuje jego zawód (lekarza).
                No a językoznawca normatywista? Nie jest to jego główną specjalizacją, żeby formułować normy.
                Tzn oczywiście tacy „pełnoetatowi” normatywiści — preskryptywiści — jak najbardziej mogą istnieć, ale czy o takich Panu chodziło?
                Czy ktoś zaledwie (lub głównie) zalecający obecne normy to normatywista? Chyba to niemożliwe.

                Przepraszam za zamieszanie; teraz chyba dotknąłem sedna sporu. Oczywiście mogę się gdzieś mylić.

              • To znaczy generalnie nie ma znaczenia długość bycia normatywistami ani to, czy jest to główne stanowisko pracy czy zajęcie. Istotne jest to, że bycie normatywistą jest w pełni nabudowane na byciu językoznawcą. Co do znaczenia, które Pan wskazuje, częściowo pokrywa się ono z moim. Nie chodzi bynajmniej o kogoś stosującego normy językowe, tylko o kogoś, kto ma władzę je wdrażać lub porządkować w ramach całego systemu językowego. Najkrócej mówiąc, chodzi mi o: członków Rady Języka Polskiego, których zadaniem jest właśnie podawanie reguł językowych i opiniowanie procesów językowych; profesorów i doktorów z PWN, których opinie i rozstrzygnięcia są najbardziej cenione i najczęściej wykorzystywane przez użytkowników języka; profesorów językoznawstwa, którzy zajmują się opisywaniem normy językowej w swoich pracach naukowych; autorów słowników. Wszystkie te stanowiska (tak, to uproszenie, nie zawsze chodzi o stanowisko w sensie ścisłym, tylko o zajmowanie się daną kwestią) zazwyczaj zajmuje się przez lata. Ktoś, kto zaleca stosowanie obecnej normy, to nie jest normatywista w znaczeniu, którego używam (niby dlaczego miałby być) – to może robić każdy, do tego nie trzeba być językoznawcą (i wtedy rzeczywiście trzeba by pewnie pisać z łącznikiem).

              • Skrzymir pisze:

                [Odpowiadam na tę odpowiedź, bo z jakiegoś powodu nie mogę na Pańską ostatnią.]

                Dziękuję za to wyjaśnienie.
                Mogę się teraz zupełnie zgodzić — tylko jeden taki pedantyzm: ważne jest to, jak bardzo taki normatywista jest normatywistą, bo gdyby był nim wystarczająco (istotniej niż językoznawcą), to wtedy należałoby raczej napisać /normatywista językoznawca/; też jest ważne czy nie jest „na równi” normatywistą i językoznawcą, tj. ogólnie i tym, i tym (przy czym do tego już Pan lekko nawiązał).

                Jedna, ostatnia rzecz. Uważam, że artykuł z SJP PWN nie do końca wyjaśnia zasadę, bo brakuje wzmianki, że gdy w zestawieniu jest przymiotnik, to piszemy je łącznie (jak /niepełnosprawny/), o ile nie jest to przymiotnik i przysłówek (jak w /intensywnie niebieski/).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *