„Mee dam n’ma” – czyli Juleczka uczy się ojczystego języka

To wbrew pozorom zdanie jak najbardziej w języku polskim. Naszej dwudziestomiesięcznej już Juleczki.

juleczkaNa gwiazdkę u Babci Lucynki Juleczka (na zdjęciu) dostała do zabawy zestaw zwierząt domowych. Od pierwszej chwili bardzo polubiła nowe zabawki, a Mama nauczyła ją budować dla nich zagrody. Gdy kiedyś Mama z Julą budowały zagrody dla zwierząt, Juleczka w którymś momencie wypaliła: „Mee dam n’ma”. I co? Domyślacie się już, co to zdanie znaczy?

Mee – to oczywiście podmiot i oznacza kozę.

N’ma – to rzecz jasna orzeczenie i jednocześnie pierwsze słowo, jakie Jula wypowiedziała już wiele miesięcy temu. Piszę je właśnie w taki sposób, z apostrofem, bo nie brzmi ono „nie ma”, tylko właśnie słyszalne jest „n” a potem następuje płynne przejście do „ma”. A że owo „n” jest czasami mało słyszalne, to właściwie trzeba się domyślać z kontekstu, czy coś „ma” czy „n’ma”. Taka sytuacja trwa już prawie rok i nic się nie zmieniło, choć brzmienie wielu innych słów ewoluuje, dojrzewa. Np. „tak”, które kiedyś brzmiało „ta”, teraz brzmi już wyraźnie „tak” (a dokładniej „tath” lub „takh”) – przy czym ostatnia litera jest wyraźnie zaznaczona i delikatnie przeciągnięta.

Dam – to wbrew pozorom nie forma czasu przyszłego od czasownika „dać”, ale wyraz „dom”, a dokładnie rzecz biorąc dopełniacz „domu”.

Jula bardzo logicznie i roztropnie poinformowała w ten sposób Mamę, że koza nie ma domu – bo rzeczywiście jeszcze nie miała swojej zagrody. I było to właściwie pierwsze rozbudowane zdanie Julii z podmiotem, orzeczeniem i dopełnieniem. No dobrze, uczciwie dodajmy, że Jula zbudowała już wcześniej zdanie trzywyrazowe: „Fafa, da am!” (Fafa to wujek Rafał, a Jula chciała, żeby dał jej wafelka), ale jest ono jednak prostsze niż to, o którym mówimy.

Jakich części zdania dziecko uczy się najpierw?

Zaznaczam, że piszę na konkretnym przykładzie swojej pierworodnej córki, więc ten proces nie musi przebiegać identycznie u wszystkich dzieci. Niemniej jednak pewne prawidłowości da się wyłapać, stąd sądzę, że jest to jednak interesujące. Przy czym wydaje mi się, że proces uczenia się części mowy czy zdania u Juleczki przebiegał nieco niestandardowo.

Zazwyczaj dziecko uczy się najpierw rzeczowników określających najbliższe osoby: mama, tata, baba. U Julii było inaczej. Zaczęła od czasownika, a konkretnie od formy zaprzeczenia, czyli od wyrazu „nie ma”. Czyli – przekładając rzecz na konstrukcje zdaniowe – jej pierwsze zdania zaczęły się od orzeczenia i podmiotu domyślnego, którego rodzice musieli dochodzić z kontekstu (żeby było zdanie, potrzebne jest orzeczenie i podmiot domyślny, więc wszystko jest okay).

Kolejna część zdania, którą Julia dodawała do orzeczenia, konstruując swoje pierwsze zdania, to podmiot. Mówiła „Mama nie ma”, „tata nie ma” etc.

Trudniejsze zdanie, o którym wspomniałem, składało się z podmiotu w formie wołacza oraz orzeczenia i dopełnienia: „Fafa, da am”.

Następna konstrukcja to ta, wymieniona wyżej: podmiot w mianowniku oraz orzeczenie i dopełnienie.

Nowa bardzo ciekawa rzecz, którą zauważyliśmy w ostatnich dniach, to umiejętność przestawiania szyku zdania. Kiedyś przy kąpieli chciałem, by Jula powtórzyła za mną, że „Ciocia ma dzidzi”. Julce się udało bez większych problemów. Powiedziała: „Ciocia ma dzidzi”, a po chwili powtórzyła: „Ciocia dzidzi ma”. Czyli dziecko „łapie”, że przestawienie kolejności dopełnienia z orzeczeniem nie zmienia tutaj sensu zdania. Potrafi powtórzyć to samo, zmieniając szyk.

To pokazuje jeszcze jedną ciekawostkę. Dla dziecka zdecydowanie bardziej naturalny wydaje się ten szyk – nazwijmy go – łaciński z podmiotem na początku i orzeczeniem na samym końcu, przynajmniej w przypadku zdania oznajmującego.

„Pim”: skrót czy onomatopeja?

Na koniec jeszcze o jednej bardzo świeżej rzeczy. Ostatnio Jula dołączyła do swojego słownika nowe słowo: „pim”. Mówi np. „mama/tata/baba, pim”, gdy chce, żeby ktoś zapiął jej lub sobie zatrzask (np. w kurtce). I właściwie od początku zastanawiałem się, czym jest owo „pim”. Ze znaczeniem nie ma problemu, ale powstała wątpliwość, czy jest to wyraz dźwiękonaśladowczy, naśladujący dźwięk zapinania zatrzasku (jak np. brrrm – tak Jula określa samochód), czy może raczej jest to skrót od „zapnij” (zamiast „tata, zapnij” – „tata, pim”). Nieco światła na sprawę rzuciło ostatnie zdarzenie, gdy Julia powiedziała Babci, żeby rozpinała i zapinała zwykłe guziki (nie zatrzaski). Jula użyła wówczas tej samej formy „pim”, co może sugerować, że to jest po prostu Julkowe „zapnij” (zwłaszcza, że zawsze słyszała słowa „zapnij, zapniemy, zapnie” wypowiadane w takim kontekście).

Z drugiej strony, tak w stu procentach to sprawa rozstrzygnięta nie jest, bo mogło nastąpić tzw. rozszerzenie znaczeniowe wyrazu dźwiękonaśladowczego – najpierw używanego na zatrzask, a potem również na zapinanie zwykłego guzika, jako na czynność podobną i przez rodziców nazywaną identycznie. Zapewne kolejne miesiące sprawę rozstrzygną. Jeśli okaże się, że Julia zacznie używać innego określenia na zapinanie zwykłych guzików, „pim” okaże się wyrazem onomatopeicznym, jeśli nie – prawdopodobnie po prostu uproszczoną formą słowa „zapnij”.

——–

Zachęcam do przeczytania podobnego wpisu na moim blogu prywatnym pod tytułem: Mee dam n’ma – czyli Juleczka uczy się budować zdania. Pierwsza część jest identyczna, kolejne dwie – zupełnie inne. Tamten wpis jest bardziej osobisty, można w nim znaleźć między innymi Julkowy słowniczek.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty publicystyczne i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „„Mee dam n’ma” – czyli Juleczka uczy się ojczystego języka

  1. Pingback: Idziemy DO domu, czyli Juleczka uczy się „psiimków” | Językowe dylematy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *