Błędy wskazywane w dawniejszych i współczesnych opracowaniach poprawnościowych

Izabela Wieczorek •

© by Językowe Dylematy (2013)

Na jakie typy błędów zwracają uwagę poszczególni autorzy?

Gwara, regionalizmy i dialektyzmy

Współcześnie zauważam tendencję do chęci całkowitego wyzbywania się w wymowie wyrazów wskazujących na posługiwanie się dialektem czy regionalizmami. Jak jednak zapewnia Paulina Mikuła w swoim opracowaniu poprawnościowym pt. „Mówiąc inaczej”, gwara nie jest czymś, czego należałoby się wstydzić. A przecież niektórzy z nas dialektem czy gwarą określają po prostu gorszy język. Pozostaje mi tylko stwierdzić, iż jest to zupełnie błędne rozumowanie, gdyż język ogólnopolski powstał właśnie z jego różnego rodzaju odmian, występujących na poszczególnych terenach naszej ojczyzny.

W książce „Język dla wszystkich” Witold Cienkowski twierdzi: „Wiele błędów językowych da się sprowadzić do faktów gwarowych niesłusznie zastosowanych w ogólnopolskiej odmianie języka”. Wynika z tego, że my, Polacy, nieumiejętnie korzystamy z właściwości gwar oraz że błędami nie są same dialektyzmy czy regionalizmy, lecz ich niewłaściwe używanie.

Paulina Mikuła, Mówiąc inaczej

Autorzy książki „Polszczyzna płata nam figle” sugerują, że mówiąc gwarą, gdy zamierzamy mówić polszczyzną ogólną, czynimy źle, najczęściej zresztą popełniając przy tym liczne błędy szczegółowe także w formach gwarowych. Wspominają również o tym, iż motywacją dla chęci wyzbycia się przyzwyczajeń do używania danego dialektyzmu może być społeczny odbiór naszych wypowiedzi. Nie muszą być one przecież właściwie zrozumiane przez osoby nieposługujące się tym samym dialektem. Podążając tym tropem, czasem słuchacz może nawet uznać jakiś dialektyzm za formę obraźliwą.

Związki frazeologiczne

Związki frazeologiczne niejednokrotnie zaskakują tym, że znaczą coś zupełnie innego, niż wydaje się większości użytkowników języka. „Wszyscy chętnie używamy związki frazeologiczne, ponieważ sprawiają one, że wypowiedź staje się barwniejsza, żywsza, niepospolita” – twierdzą twórcy opracowania „Polszczyzna płata nam figle”. Czyż nie jest to prawdą? Owszem, lecz większość z nas ma tendencję do przekręcania danych związków. Paulina Mikuła w swym opracowaniu poprawnościowym postanowiła wymienić kilka błędnie rozumianych frazeologizmów. Takowym jest między innymi sformułowanie „wchodzić do tej samej rzeki”. Dość często związku „nie wchodzi się do tej samej rzeki” używa się, gdy ktoś – przykładowo – ma zamiar wrócić do byłego partnera, wtedy zostaje mu to odradzone ze względu na to, że przecież i tak się on nie zmieni. Ludzie mylnie uważają, że frazeologizm „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” jest zachętą, żeby nie wchodzić do niej, bo się ona nie zmieni, tak samo jak były partner danej osoby. Natomiast związek ma swoje źródło właśnie w stwierdzeniu, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, bo rzeka nigdy nie będzie dwukrotnie taka sama.

Polszczyzna płata nam figle

Nie zamierzam przytaczać tu wszystkich niewłaściwie stosowanych frazeologizmów. Zwrócę jednak uwagę na jeszcze jeden: „branie czegoś na tapetę”. Prawidłowa forma brzmi „brać na tapet” czy „wziąć na tapet”. W tym powiedzeniu wyraz „tapet” oznacza stół przykryty zielonym suknem, przy którym dawniej toczono obrady. Niestety, dziś słyszymy raczej, że ktoś bierze coś na tapetę, czyli… na materiał, którym okrywamy ściany w pomieszczeniach. Muszę powiedzieć, że do tej pory ani razu nie spotkałam się, by ktoś brał coś „na tapet”, lecz za każdym razem „na tapetę”. Być może wynika to z podobnej odmiany tych wyrazów, gdyż w miejscowniku brzmią one tak samo. Myślę jednak, że przez to, iż naprawdę duża liczba osób nie jest świadoma tego rozróżnienia, być może kiedyś forma „na tapetę” zostanie zaliczona do poprawnych. Zadecydują o tym autorytety językowe.

Zapożyczenia, czyli nieumiarkowane używanie wyrazów obcych

„O wyrazach obcych i zapożyczonych mówi się dużo i często, przeważnie krytykując ich nadużywanie. Neologizmy pochodzenia obcego rażą wiele osób” – stwierdza Witold Cienkowski. Choć książka „Język dla wszystkich” wspomnianego autora powstała około pięćdziesięciu lat temu, na temat neologizmów formułuje on podobny pogląd, jak w swoim opracowaniu poprawnościowym Paulina Mikuła. Widać zarówno pięć dekad temu, jak i dziś ludzie zauważali duży problem związany z nadmiernym używaniem zapożyczeń. Cienkowski uważał, że wzbogacanie języka polskiego o nowe wyrazy, które pomagają nam określić nowe zjawisko czy zdefiniować pewną innowację, nie jest niczym złym. Jednakże twierdził też, że największe kontrowersje budzą „niewolniczo odwzorowane” spolszczone zapożyczenia, których niekoniecznie potrzebujemy, gdyż w zasobach języka polskiego mamy już synonimy.

Z kolei Paulina Mikuła w swej książce „Mówiąc inaczej” przypomina, iż w polszczyźnie od dawien dawna pojawiała się mnoga liczba neologizmów, lecz w dzisiejszej dobie skomputeryzowania oraz ekspansji angielszczyzny takie sformułowania jak: ASAP, OMG, YOLO czy DIY są już tak przesadzone, że nie budzą u nikogo podziwu, ale najwyżej zażenowanie. Jako Polacy powinniśmy czerpać w większości z naszego języka. Niestety, coraz większa część młodzieży ulega trendom spopularyzowanym na portalach społecznościowych czy też w różnego typu aplikacjach. „Cierpię niemal fizycznie, słysząc, że coś jest do zrobienia na ASAP, a brief do nas nie dotarł, ale wiem, że te słówka są funkcjonalne” – wspomina Mikuła.

Chcąc dać przykład wypowiedzi naszpikowanej zapożyczeniami, zacytuję Jakuba Żulczyka, który podczas jednego z wywiadów mówił tak: „Nie. Tam są kulawości, to się źle zestarzało, ale tak jest zwykle z filmami o młodzieży. Jak byś to dzisiaj zrobił, o milenialsach, o gimbusach, i dobrze oddał ich zajawki, strój, język… Jeden jest np. jutuberem, drugi aspirującym hiphopowcem, trzeci gra w gry czy coś tam, i oparł to na tym samym silniku, tej samej historii, z dobrze wymyślonymi bohaterami, to ci gwarantuję, że byś miał super film albo serial”[1].

Youtuberka wnioskuje, iż niektóre z makaronizmów zadomowiły się w języku polskim na dobre. Uważa też, że z większością tych zapożyczeń nie da się nic zrobić, ponieważ w naszym języku nie ma dla nich właściwych odpowiedników. Na przestrzeni około pięćdziesięciu lat stanowiska co do zapożyczeń nie zmieniły się drastycznie. Podobnie jak w latach siedemdziesiątych, tak i teraz Polacy mają problem z uleganiem ich nadużywaniu.

Dykcja

Warto przypomnieć, iż fundamentalne zasady retoryki pochodzą ze starożytnych Grecji i Rzymu. Ojczyzną sztuki krasomówczej były zwłaszcza Ateny. Dla Arystotelesa atrakcyjniejszą formą przemówienia publicznego była ta bez uprzedniego przygotowania go na piśmie. Uważał on, że jest ono wówczas znacznie bardziej emocjonalne. Według niego przemówienie powinno być jasne oraz zrozumiałe, a jedną z najistotniejszych spraw jest przykucie uwagi słuchacza. W opinii greckiego filozofa wyrazistość, która obecnie jest właśnie jedną z najbardziej uwypuklanych cech, jeśli chodzi o retorykę, nie ma aż tak dużego znaczenia.

Witold Cienkowski,
Język dla wszystkich

Witold Cienkowski w książce „Język dla wszystkich” twierdzi: „Wymowa powinna być poprawna, wyraźna, zrozumiała, wolna od wad i naleciałości gwarowych i środowiskowych oraz regionalnych, a głos na tyle silny, by mówca mógł być słyszany i rozumiany w całej sali”. Z kolei Paulina Mikuła w „Mówiąc inaczej” przypomina, że dobra dykcja zależy przede wszystkim od prawidłowej artykulacji, czyli odpowiedniego funkcjonowania aparatu mowy.

Moim zdaniem każde przemówienie powinno być na tyle wyraźne, niemonotonne, by mogło zainteresować słuchaczy. Tak też uważają autorzy opracowań poprawnościowych, które uprzednio wymieniłam. Myślę, że nieporozumienia, które pojawiają się z powodu niepoprawnej dykcji, możemy zwalczyć głównie przez przezwyciężanie lenistwa i stałe douczanie się w tym względzie.

Wnioski po zestawieniu

Opracowania poprawnościowe dotyczące norm językowych, które wybrałam, zostały wydane na przestrzeni około pięćdziesięciu lat, począwszy od roku 1973, a  na 2017 skończywszy. Jest to niemały przedział czasu, w którym mogła nastąpić mnoga liczba zmian, jeśli chodzi o poprawną polszczyznę. Po przeanalizowaniu wymienionych poradników nasuwa mi się pewien wniosek. Zarówno Witold Cienkowski, który pisał swoje opracowanie pół wieku temu, jak i Paulina Mikuła, autorka współczesna, zauważyli nadmierne stosowanie neologizmów bądź zapożyczeń, lecz jeśli zanalizujemy to dokładniej, pojawi się pewna znacząca różnica. Jest nią powód wprowadzania tychże form do języka.

W dzisiejszych czasach, jak już wcześniej wspomniałam, taką przyczyną może być coraz szersze rozwijanie się technologii oraz funkcjonowanie w niej międzynarodowego języka, jakim stał się angielski. Aplikacje na komórkach mobilnych: Facebook, Messenger, Snapchat, Instagram, Youtube, nie mają swoich polskich odpowiedników, więc jako że zazwyczaj próbujemy spolszczyć je w deklinacji, tworzą się z tego neologizmy. Oczywiście nie dotyczy to samych tylko nazw, ale używanych w nich funkcji. I tak like zostało spolszczone do lajk, hate pojawia się np. w formach: hejtować, hejterzy, hejt, hejter. Mamy już również jutjubera czy jutuberów. Ośmielę się stwierdzić, że albo te słowa zostały już przyjęte do normy potocznej albo niedługo zostaną w niej zaakceptowane.

Natomiast Cienkowski jasno wskazał, że w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku do Polski zaczęły wkraczać zagraniczne firmy, wraz z którymi do polszczyzny weszło wiele nowych nazw. Używano np. nazw niemieckich producentów czy też eksploatowanych przez nich maszyn. Pojawienie się sieci sklepów tzw. Peweksów również miało wpływ na powstawanie spolszczonych nazw eksportowanych do naszego kraju produktów. Myślę, że obecne w tamtych czasach zagraniczne nowości można uznać za pewnego rodzaju usprawiedliwienie dla nadmiernego używania neologizmów, gdyż po prostu Polacy nie potrafili odnaleźć w rodzimym języku właściwych odpowiedników.

Niestety dziś nawet ja sama jestem w stanie zauważyć, że młodzież coraz częściej i niekiedy całkiem nieświadomie używa niektórych zwrotów z angielszczyzny.

[1] Wypowiedź Jakuba Żulczyka w wywiadzie dla magazynu WP przeprowadzonego przez Grzegorza Wysockiego w listopadzie 2017 roku.


Izabela Wieczorek – licealistka, która w bieżącym roku (2018) podejdzie do egzaminu dojrzałości. Na co dzień zajmuje się pracą początkującego copywritera, zarówno na zlecenie jednej z witryn internetowych, jak i w nieco bardziej prywatnym wymiarze. Prócz tego tworzy amatorsko prozę, którą publikuje na blogu pisanaekranizacja.blogspot.com. Na swym koncie ma również pracę wolontariacką jako recenzentka muzyki metalowej.

Powyższy tekst jest fragmentem pracy pt. „Polowanie na byki” – błędy językowe we współczesnej polszczyźnie (Sfery występowania błędów i sposoby ich korygowania), napisanej w ramach uczestnictwa w XVIII Olimpiadzie Literatury i Języka Polskiego. Artykuł – w porozumieniu z autorką – został poprawiony i nieco przeredagowany przez redakcję Językowych Dylematów na potrzeby publikacji na naszej stronie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty publicystyczne i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „Błędy wskazywane w dawniejszych i współczesnych opracowaniach poprawnościowych

  1. Tomasz Marek pisze:

    „mówiąc gwarą, gdy zamierzamy mówić polszczyzną ogólną, czynimy źle, najczęściej zresztą popełniając przy tym liczne błędy szczegółowe także w formach gwarowych”.
    Dobrą ilustracją tej obserwacji jest wyimek z przemówienia prominentnego polityka w Poznaniu (2018-09-28), który przekonywał, że: „…Poznań potrzebuje […] gospodarnego bauera…”. Otóż wszystkich spoza wielkopolski (nam tego uświadamiać nie trzeba) informuję, że „bauer” (z niemieckiego ‚bogaty gospodarz, rolnik’) w Wielkopolsce jest słowem kojarzącym się wyłącznie źle. Żaden Polak nigdy nie był nazywany „bauerem”. Tym kąśliwym mianem (NKJP to potwierdza) nazywano jedynie (obecnie jest to określenie historyczne) niemieckich bogatych rolników wykorzystujących i gnębiących Polaków. Po II Wojnie „bauer”stał się synonimem tych, u których pracowali polscy robotnicy przymusowi (w zasadzie niewolnicy), zsyłani do prac rolnych w głąb Rzeszy. Moja ciocia, wywieziona do Niemiec w 1940 r., do końca wojny pracowała właśnie u „bauera” i zapewniam wszystkich zdezorientowanych, że wspominała to jako najgorszy okres swego życia.

  2. Pingback: Kłopoty z około | Językowe Dylematy

  3. Tomasz Marek pisze:

    „…zauważam tendencję do chęci…”
    „…chętnie używamy związki frazeologiczne…”
    „…sprowadzić do faktów gwarowych…”
    „…powstała około pięćdziesięciu lat temu…”
    Nie wiem, „na jakie błędy zwracają uwagę autorzy”, ale TE mną wstrząsają.
    A „…motywacja dla chęci wyzbycia się przyzwyczajeń…” „motywuje mnie do chęci” sięgnięcia po czerwony ołówek.

    • Chęci wynikają akurat z poprawek redakcyjnych zaakceptowanych przez autorkę – być może nieudolna próba zachowania przesłania tego, co autorka chciała powiedzieć. Drugie i trzecie wskazane zdanie to cytaty (wierzę, że wiernie oddane z książki). A w kwestii około pięćdziesięciu lat rozumiem, że sugeruje Pan błąd rzeczowy? Bo około łączy się z dopełniaczem.

      • Tomasz Marek pisze:

        Linki znowu nie przechodzą, co skazuje mnie na długi wpis.
        Wygląda na to, że i Kłosińska ma problemy z „około”. Widocznie i ogół redaktorów ma podobne problemy (czy stosują bezkrytycznie NSPP?), bowiem NKJP też zawiera ten błąd, ZAWSZE łącząc „około” z rzeczownikiem w dopełniaczu. Sprawę wyjaśnia wnikliwie prof. Bańko:
        „Już w 1994 r. w „Słowniku wyrazów kłopotliwych” proponowaliśmy (razem z red. Marią Krajewską), aby rozróżniać przyimek „około”, łączący się z dopełniaczem, i partykułę „około”, jak inne partykuły pozbawioną rekcji. Przykłady użycia tej ostatniej tam podane to: „władać około dziesięcioma językami”, „zwiększyć zatrudnienie o około czterdzieści procent”, „wrócić do sił dzięki około dwumiesięcznemu pobytowi w sanatorium”, „myśleć o około dwumiesięcznym urlopie”. Rozróżnienie przyimka i partykuły około zostało podtrzymane w „Innym słowniku języka polskiego” (PWN, 2000), a następnie w „Uniwersalnym słowniku języka polskiego” (PWN, 2003) i w „Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny” (PWN, 2004). Poprzednie wydanie tego ostatniego („Nowy słownik poprawnej polszczyzny”, 1999) pod tym względem się różni, tzn. nie przewiduje możliwości użycia słowa około z rzeczownikiem innym niż w dopełniaczu. Zarówno jednak NSPP, jak w WSPP kwestionują poprzedzanie „przyimka” „około” innym przyimkiem, skąd wynika, że zmiana wprowadzona w WSPP była powierzchowna i nieprzemyślana. Pozycja poprzyimkowa bowiem (np. za około pięć minut) to jedna z tych, w których około przestaje być przyimkiem, a staje się partykułą.
        – Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski”
        Proszę zwrócić uwagę na ostatnie zdanie. W moim odczuciu istotne jest też użycie „około” w kontekście PRZYIMKA (!) „temu”. Prof. Bańko pisze wprawdzie, że nie przewiduje się „poprzedzania przyimka ‚około’ innym przyimkiem”, ale czy nie odnosi się to i do zestawienia następczego „około… temu”?

        • Tak czy siak, to też jest kwestia redakcji, a nie błędu autora. Powodem uzgodnionej z autorką zmiany oryginału była chęć 😉 użycia bardziej ogólnej charakterystyki czasowej. Obawiam się, że niezależnie od tego, czy wstawiłbym tam pięćdziesiąt czy pięćdziesięciu na podstawie tego lub innego słownika można by zarzucić błąd.

          • Tomasz Marek pisze:

            Hmmm. Różne słowniki – różne orzeczenia poprawności, mówi Pan? Mnie to „około pięciu/pięćdziesięciu lat temu” zgrzyta straszliwie. Wędrować można około stawu około południa, ale wycieczka miała miejsce około Nowego Roku około (w znaczeniu: jakieś, mniej więcej; Bańko zdaje się, że to właśnie nazywa partykułą) P I Ę T N A Ś C I E lat temu.
            Powiem szczerze, że zarzut uczyniłem na podstawie zgrzytu osobistego, a dopiero po Pańskim proteście poszukałem dowodu na to, że „słuch językowy” mnie nie zmylił. I na całe szczęście znalazłem nieocenionego prof. Bańkę, bo co by to było, gdybym musiał stanąć goło naprzeciw Kłosińskiej, NKJP i Panu 😉 . Sądzę, że źródłem zmyłki jest łączliwość „około” z dopełniaczem w zestawieniach nieliczebnikowych, gdzie jest to oczywiste (choć nieliczebnikowe użycia „około” przechodzą do historii, to nawyk dopełniaczowy pozostaje). Z prac nad liczebnikami wiem, że stwarzają one problemy i wielkim (Kłosińska); widocznie prof. prof. Kłosińska, Markowski i podobni nie czują różnicy między liczebnikiem a rzeczownikiem.
            Ja mam tę przewagę, że w zastosowaniach technicznych przedliczebnikowe zastosowania „około” są tak powszechne, że nikomu do głowy nie przyjdą wypowiedzenia: „powiększ to o około *pięciU milimetrów” (co wydaje się oczywiste – drugi przyimek!), ale też: „dodaj około *pięciU milimetrów”, „utnij około *pięciU milimetrów od końca”, gdzie drugiego przyimka brak.

            • A ja bym powiedział (a raczej napisał):
              powiększ o około pięć milimetrów
              ale wzorcowo: dodaj około pięciu milimetrów, choć potocznie: około pięć milimetrów, a tak całkiem naturalnie to: mniej więcej pięć milimetrów (co też zaleca NSPP).

              • Tomasz Marek pisze:

                Tak więc pozostajemy przy swoim: wg mnie i prof. Bańki „dodaj około pięciu milimetrów” jest błędne, wg NSPP (Markowski) jest to forma wzorcowa. Podobnie było kiedyś z odmianą „pół łyżeczki cukru”. Bańko (i ja) „z pół łyżeczką”, Markowski „z pół łyżeczki”.

              • Tak sobie myślę, że będąc w takiej sytuacji powiedziałbym prawdopodobnie jeszcze trochę inaczej: koło pięciu milimetrów. Tak się zastanawiam, czy to skrócone koło powinno być traktowane w odmianie inaczej niż około. Gdyby w całej tej kwestii podstawić koło zamiast około, to ono będzie pasować do teorii Markowskiego. Może stąd ona się wzięła? Ciekawe…

                A ja się nie upieram. W tym sensie, że gdyby ktoś (w sensie: autor) przedstawił mi takie argumenty jak Pan za formą mianownikową, to bym po prostu zgodził się z wolą autora.

              • Tomasz Marek pisze:

                Do: P. Pomianek 15 mar. 19:18.
                „Dodaj koło pięciu milimetrów”? Pan żartuje, to co najwyżej gwara! Nigdy się z takim zdaniem nie spotkałem. Natomiast „dodaj COŚ koło pięciu milimetrów” to zupełnie coś innego! Wkraczamy w rewir „coś koło czegoś” (zwracam uwagę, że nie mówimy nigdy „coś około czegoś”, jeśli „około” jest partykułą użytą w znaczeniu „mniej więcej”), ale nadal mamy żargonowe użycie przyimka(?) „koło” (=”obok”), który określa miejsce, w miejsce partykuły „około” (=”mniej więcej”), wskazującej na niedokładność miary.

              • Tak, tak, miałem na myśli wypowiedź zupełnie potoczną, wypowiadaną ad hoc przy pracy. Koło właśnie jako mniej więcej. Może rzeczywiście charakterystyczne dla Podkarpacia?

    • Źródła bardzo różne światopoglądowo, różna tematyka. Nie bardzo widzę problem z tą chęcią. Może nie jest to konstrukcja idealna artystycznie, ale jednak chodzi o tendencję do chęci (wolę) wyzbywania się w mowie regionalizmów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *