Teresa Kruszona o zawodzie korektora. Wyimki

W zeszłym miesiącu na stronie Dwutygodnik.com w ramach cyklu „Projekt Książka” został opublikowany bardzo interesujący wywiad z p. Teresą Kruszoną, pracującą od wielu lat w zawodzie korektora. Odsyłam do całości (link), zresztą pewnie większość zainteresowanych miała już okazję ten wywiad przeczytać. (Na Facebooku linkowali do niego nasi koledzy z eKorekta24.pl). Warto poczytać szczególnie o wzorcowym obiegu tekstu (choć trzeba wiedzieć, że obecnie każde wydawnictwo ma w tym względzie raczej swoje własne ustalenia i praktyki) i kilka ciekawostek o tym, jak wyrazy wyparte kiedyś z polszczyzny po dziesięcioleciach wróciły do użycia.

Tutaj pozwalam sobie na przytoczenie kilku wyimków z tej rozmowy, swoistych smaczków, do których warto będzie niejeden raz wrócić. Z mojej strony po cytatach krótkie komentarze.

Ja też w książkach, nad którymi pracowałam, znajduję czasem błędy i złoszczę się na siebie: jak mogłam to zostawić? No widać mogłam! Dostatecznie długo pracuję w tym zawodzie, żeby nie mówić, że po moim czytaniu nie ma błędów. Zawsze mówię, że staram się minimalizować ich liczbę.

Szalenie ważny fragment. I ja wielokrotnie powtarzam: nie ma tekstów (to dotyczy przynajmniej tekstów długich, jak książki, obszerne opracowania) w pełni wyczyszczonych. I dlatego od początku istnienia Językowych Dylematów podkreślałem: w naszych tekstach będzie można – niestety, ale taka jest brutalna prawda – znaleźć błędy; i zachęcałem, i nadal zachęcam: jeśli ktoś z Państwa dostrzeże jakieś uchybienia – proszę pomóc nam je poprawić. Co dwie głowy, to nie jedna.

Jak korektorka wypatrzy jakiś drobiażdżek, niuansik, który właściwie mógłby zostać i nikt by go pewnie nie zauważył, to koledzy mówią – najczęściej chórem – „oczko nie z guziczka”. I tu już nikt nie potrafi powiedzieć, na czym to polega. Tak po prostu jest, że ktoś to oko ma, a ktoś go nie ma. Oczywiście to oko można sobie wyrobić. Jeżeli ktoś ma odrobinę pokory, czyli ma takie przeświadczenie, że jest niedoskonały, to chce się uczyć, doskonalić.

Do tego to akurat trudno cokolwiek dodać. To kilka takich zdań, które każdy redaktor czy korektor mógłby sobie wydrukować i powiesić nad biurkiem: talent – pokora – praktyka.

A co jeszcze pani przeszkadza we współczesnym języku polskim?

Brukselizmy. Język biurokracji. Te rzeczy dedykowane, to aplikowanie, implementacja. To się zaczęło przedzierać do języka ogólnego. A jest sztuczne i nieprzyjazne. Na przykład „Kondycja kotła grzewczego wydaje się być dobra” (śmiech). Rzeczniczka praw obywatelskich, profesor Irena Lipowicz, powiedziała, że w 2012 roku 58 tysięcy skarg, które wpłynęły do jej biura, wynikało nie z tego, że decyzja była podjęta niekorzystnie dla obywatela, ale z tego, że obywatel nie zrozumiał, co jest w tej decyzji napisane. Ten język biurokratyczny, urzędowy wpływa na zakłócenie kontaktu z odbiorcą.

Inny znany brukselizm, który wdziera się do polszczyzny to Dnia 17 sierpnia publikuję artykuł. To pretensjonalne. Wiadomo przecież, że 17 sierpnia jest dniem. Inną kwestię stanowi ignorancja językowa urzędników. Składałem kiedyś zeznanie w urzędzie skarbowym w sprawie pewnego oszusta (oczywiście nie dobrowolnie, tylko na podstawie wezwania). Po otrzymaniu wydruku swojej wypowiedzi (tak, jak to Pan wynotował), niemal poderwałem się z krzesła, stanąłem za panem i pokazałem: tutaj proszę zmienić szyk zdania, tutaj i tutaj dostawić przecinek… Ech, to nasze zboczenie zawodowe.

Gdy nastał rok ’90, zniesiono cenzurę i okazało się, że można wydawać, co się tylko chce, to ludzie byli tak głodni tej wolnej książki i prasy, że nikt nie myślał o redaktorze, korektorze, tylko się wydawało na potęgę. Z błędami, byle jak, aby wydać. Nie dało się tego czytać. Potem nastały komputery, więc stwierdziliśmy – po co komu korektor, przecież jest słownik w komputerze. Aż przyszedł moment, kiedy zaspokoiliśmy pierwszy głód i zaczęliśmy zwracać uwagę na jakość. Tak samo było z innymi dziedzinami życia – z jedzeniem, ubraniem. I nagle zaczęło nam się czemuś „źle czytać”. Wydawcy zdali sobie sprawę, że trzeba zacząć pracować nad tekstem.

Zauważyłem, że serwisy poprawnościowe, profile na Facebooku o tej tematyce z roku na rok budzą coraz większe zainteresowanie. Pani Kruszona po części to zjawisko tłumaczy, choć rzecz jasna odnosi się trochę do czegoś innego (do jakości wydawania książek). Ciekaw jestem, skąd się bierze ten boom na językową poprawność, objawiający się w dużej mierze działalnością prześmiewczą: wyszukiwania błędów językowych publicznych wypowiedzi, tępienia takich czy innych słów, konstrukcji itp. Zabawne tylko czasem, że liderzy tego typu krucjat, sami robią poważne błędy… I jak z tym żyć?

Proszę zwrócić uwagę, że Krystyna Loska, najpopularniejsza spikerka w PRL-u, w telewizji w ogóle nie miała żadnych naleciałości śląskich. A przecież musiała je mieć. A teraz, proszę zobaczyć, jak ludzie demonstrują swoją odrębność językową, swoje małe ojczyzny. Bo chcemy być skądś. Pamiętam taką rozmowę Moniki Olejnik z Janem Marią Rokitą i Józefem Oleksym. I Jan Maria Rokita mówi, że wczoraj oglądnął coś w telewizji, tu Oleksy mu przerwał: „Chyba pan obejrzał, panie pośle”. Na to Rokita: „Obejrzał, to sobie pan w Warszawie, ja w Krakowie sobie oglądnąłem”.

W przypadku tego fragmentu zastanawiam się, na ile jest on reprezentatywny, ponieważ p. Teresa podała akurat przykład polityka, który brylował elokwencją. Jana Rokity, niezależnie od tego, czy zgadzałem się z nim w tej czy innej sprawie, zawsze słuchało się z przyjemnością, ze względu na jego erudycję, wysoki styl. Szkoda że dziś język polityczny tak bardzo zszedł na psy i liczy się tylko epatowanie kontrowersją i pałowanie politycznego adwersarza. Trudno się dziwić, że dla mówców i dyskutantów pokroju Rokity nie ma w niej już miejsca.

Gdy czytam książkę dla przyjemności, natychmiast widzę, czy jest tam staranna korekta. A widzę to po tym, że nie mam pokusy sięgnięcia po długopis (czerwony, bo takim poprawiają korektorki). Czyli czytam. I wtedy zwalniam sobie głowę i oczy z szukania. Natomiast kiedy trafiam na książkę niechlujną, to się męczę… Bo tu widzę literówkę, tu błąd. Te błędy mnie rozpraszają i sądzę, że innych czytelników też. Nie dlatego, że jestem korektorką, tylko dlatego, że jestem uważnym czytelnikiem.

A ja myślę, że także dlatego, że Pani jest korektorką. Ja mam czasami ochotę wziąć ołówek i poprawiać. Innym razem znowu zastanawiam się nad interpunkcją – dlaczego tak ktoś rzecz rozwiązał, jakie inne opcje można by zastosować. Cóż… czytania to na pewno nie przyspiesza. Dobra koleżanka dała mi kiedyś do przeczytania bardzo osobisty tekst, prosząc, bym rzucił okiem i napisał jej, jak go odbieram (chodziło jej o grzeczność i jasność wywodu). A ja… zaserwowałem jej korektę tekstu, ponieważ niepoprawność pewnych fragmentów mocno mnie raziła. „Wiesz, chyba nie o to mi chodziło” – odpisała urażona koleżanka. Ech, to nasze zboczenie zawodowe…

Paweł Pomianek

Ten wpis został opublikowany w kategorii Tak pracujemy i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Teresa Kruszona o zawodzie korektora. Wyimki

  1. Tomasz Marek pisze:

    To, że korekta coś przepuści, bo nie zauważy, to jedno. A to, że korekta zmienia poprawne sformułowanie na błędne, to kryminał. A to się zdarza. W razie wątpliwości służę przykładami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *