Dlaczego powinniśmy pisać zgodnie z obowiązującą ortografią

Autor: Tomasz Powyszyński

Pamiętacie, jak w szkole podstawowej, w chwili gdy zaczął do nas docierać ogrom zasad ortograficznych, przez głowę przeszła myśl, że po co w ogóle ta cała ortografia? Po co są jakieś dziwne zasady, skoro chór, hór, chur czy hur brzmią tak samo (przynajmniej teraz, bo dawno temu każdy z tych wyrazów wymawiany byłby w nieco inny sposób – byłaby słyszalna różnica), więc wszyscy wiedzą, że chodzi o grupę śpiewających ludzi? Dlaczego tak komplikować sobie życie? Nie byłoby lepiej, gdybyśmy to wszystko uprościli, wprowadzając wszędzie np. h i u, a wyrzucając raz na zawsze z użytku ch i ó?

Z wiekiem jednak nasz rewolucyjny zapał mijał. Zaczynaliśmy bowiem rozumieć pewne rzeczy i przez to je akceptować. Korzystając ze świetnej pozycji pt. Jak dobrze mówić i pisać po polsku Andrzeja Markowskiego, chciałbym podać kilka argumentów odpowiadających na dwa pytania:

1. Czy to nie jest wszystko jedno, jak się tekst zapisze, byle byłby zrozumiały dla czytelnika?

  • Gdyby każdy pisał tak, jak mu wygodnie, to mielibyśmy teksty, w których te same wyrazy pisane byłyby na wiele różnych sposobów (jak ten przykład z chórem). Trudno jest więc samo odrzucenie reguł ortograficznych uznać za jakieś ułatwienie – wręcz przeciwnie. Poza tym istnieją wyrazy, które brzmią tak samo, ale różnią się właśnie pisownią. I tylko po pisowni możemy odróżnić jedno znaczenie od drugiego. Co by było, gdyby żaden piszący nie przejmował się różnicą między dowieść a dowieźć?
  • Stosowanie się do reguł ortograficznych to wyraz szacunku dla czytelnika, czyli odbiorcy komunikatu. Pisząc tekst, z reguły chcemy, by ktoś go przeczytał. Powinniśmy więc napisać go w najbardziej zrozumiały z możliwych sposobów. A najlepszym sposobem nie jest taki, który zmusza odbiorcę do nadmiernego domyślania się, odgadywania, bawienia się kontekstem. Trzeba pisać, respektując zasady, którymi posługuje się odbiorca, a że większość z nas jednak uznaje zasady ortografii, to takich zasad należy się trzymać.
  • Pisanie nieortograficzne spowodować może odrzucenie pisma urzędowego. W takich pismach ważna jest dokładność i precyzyjność. Trudno je sobie wyobrazić, gdybyśmy uznali, że od dzisiaj piszemy tak, jak nam się podoba.

2. Czy nie powinniśmy uprościć ortografii, by przestała sprawiać nam tyle kłopotów?

  • Otóż ortografia polska, jak przekonuje Markowski, nie jest wyjątkowo trudna. Kształtowała się przez wiele wieków i oddaje nie tylko brzmienie wyrazów, ale też wzajemne ich powiązania czy historię. To przejaw tradycji.
  • Oprócz słów, które piszemy tak, jak je słyszymy, są też takie, które piszemy tak, a nie inaczej, by pisownią oddać ich budowę gramatyczną albo pokrewieństwo z innymi formami, wyrazami (np. chleb, choć słyszymy chlep – bo chleba, a nie: chlepa…).
  • I coś, o czym wspomniałem na samym początku – dawniej głoski oddawane literami u i ó, ch i h oraz rz i ż wymawiano inaczej. Dziś zachowujemy pisownię, która odzwierciedla dawną wymowę. Istnienie ch i h w naszych czasach nie wynika z chęci utrudniania sobie życia, ale z tradycji – nic tu nie wzięło się z kosmosu.
  • Jest też grupa wyrazów, które piszemy tak a nie inaczej na podstawie pewnej konwencji, umowy. Tu Markowski podaje przykłady: wzwyż, w dal, mogłoby, można by. A konwencje i umowy służą uporządkowaniu pewnych aspektów, a więc i ułatwieniu życia.

Nawet gdyby ktoś wpadł na pomysł, by od teraz wszystkie wyrazy zapisywać fonetycznie, to powstałby oczywiście bałagan, bo jak miałoby być zapisywane słowo kwiat – kfiat (jak mówią w Polsce centralnej), kwiat (jak mówią na Kresach) czy może kfjat lub kwjat (taka wymowa jest najczęstsza)?

A może usunięcie liter ó, ch i rz ułatwiłoby nam życie? Markowski nie pozostawia wątpliwości – absolutnie nie. Jak pisze, istnienie tych liter „pozwala łączyć, utożsamiać pewne postaci wyrazowe jako formy tego samego słowa”. Gdybyśmy zamiast rów pisali ruf, to nie widzielibyśmy jego związku z rowem, bardziej kojarzyłby nam się z rufą. I takich przykładów jest w naszym języku wiele.

Do tego dochodzą koszty drukowania nowych podręczników i lektur szkolnych, czyli strona materialna rewolucji językowej. Wszystkie książki trzeba by drukować na nowo, a stare, z nieaktualną i mylącą w nowych warunkach ortografią, nadawałyby się jedynie na makulaturę.

To tylko część problemów, jakie czekałyby na nas, gdybyśmy chcieli swoje śmiałe pomysły dotyczące ortografii wprowadzać w życie. Może ten cały trud, który mielibyśmy włożyć w zmianę systemu, lepiej przeznaczyć na porządne wyuczenie się zasad ukształtowanych przez wieki istnienia naszego języka?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty publicystyczne i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Dlaczego powinniśmy pisać zgodnie z obowiązującą ortografią

  1. Bartłomiej pisze:

    Nigdy nie miałem problemów z ortografią i przeczytałem wiele książek, nadal czytam zresztą. Jednak nikt mnie nie przekona co do zasadności podwójnego u,h i ż w języku polskim. To jest po prostu niepotrzebne. Pewne instytucje cechują sie skrajnym konserwatyzmem i wyjątkowym skostnieniem. Pewnie, że mnie też by raził tekst napisany uproszczoną ortografią, ale to nie znaczy, że nie mogę się „poświęcić ” w imie dobra przyszłych pokoleń, a nie udawać zakłamanego obrońcę „piękna” języka polskiego. Trzeba mieć otwarty umysł a nie klapki na oczach. Język mówiony się zmienia to i pisownia winna za tym nadążać.

  2. Ola pisze:

    Czytając ten tekst miałam cichą nadzieję, że pomoże mi on w udzieleniu odpowiedzi na pytanie mojego 7-letniego syna, który swoją podróż przez ortografię właśnie rozpoczyna.
    Otóż każdego dnia dopytuje jakie to ma znaczenie, co za różnica, czy napiszę np kłódka czy kłudka… Mamo, jakie to ma znaczenie?
    Tłumaczę w podobny sposób, jak ten przedmiotowy tekst… ale pytanie się powtarza, więc dziecku trzeba to jednak inaczej wytłumaczyć… Ale jak??
    Jakieś pomysły??

    • Tomasz Marek pisze:

      Nie martw się – syn dorośnie do ortografii jak i do wszystkiego innego. A na marginesie takie zdanie (zapis fonetyczny):
      Kiedyś buk zwalił buk i pracą nuk przez ten buk przeszedł buk.
      Gdy syn to rozszyfruje, może się zachęci do ortografii.
      Czekam na inne propozycje podobnych zdań.
      PS Zapisy sylabiczne, czyli oddające dźwięki (do czego dąży Twój syn), współobecne w Chinach i Japonii, to dopiero horror. Brak interpunkcji i 43 (tylko!) sylaby powodują, że transkrypcja języków obcych bywa zaskakująco niezrozumiała. Japończyk zapytany przez Polkę po japońsku o drogę odpowiedział „rajtu”. Ta po długim namyśle zrozumiała, że (z uprzejmości) odpowiadał po angielsku i chciał powiedzieć „right” (= w prawo). Pojęcie „wigilia Bożego Narodzenia” (po angielsku „Christmas Eve”) to „karisumasu ige”, bowiem wielu sylab w japońskim brak i trzeba je zastępować tymi, które są.

  3. Użytkownik Języka Polskiego pisze:

    Niestety, argument iż zachowanie tradycji uzasadnia zachowanie niepraktycznych i nieprzydatnych dzisiaj różnic pomiędzy: u-ó, ch-h, rz-ż, nie przekonuje mnie, choć jest pięknym wyrazem sentymentu Autora. Ja również jestem przyzwyczajony do obowiązującej ortografii, ale nie znaczy to dla mnie, że ze względu na swoje przyzwyczajenia mam utrudniać życie innym! Niemcy zreformowali swoją ortografię kilka lat temu (np. podwójne „s” w niektórych przypadkach zamiast dotychczasowego znaku „β”- aby ułatwić życie sobie, użytkownikom klawiatur i obcokrajowcom). Nieprawdziwy jest argument o kosztach zmiany, jak również o problemach prawnych związanych z nieprawidłową pisownią. Wystarczy w ustawie o języku polskim przewidzieć odpowiednio długi okres przejściowy (vacatio legis), w którym obydwa sposoby zapisu, tradycyjny i zreformowany byłyby uznane za poprawne i równoważne, nawet przez 50-lat! Dlaczego nie? Istnieją inne sposoby na pielęgnowanie tradycji, a skoro język żyje to również jego zapis może się zmieniać. Czy u Autora budzi obrzydzenie widok historycznych sposobów zapisu, np.: „Zamoyski”? Jeśli nie, to dlaczego mielibyśmy zmiany powstrzymywać? Świat jest coraz bardziej skomplikowany, a wyzwania edukacyjne – ogromne! Dlatego nie komplikujmy życia tam, gdzie nie jest to potrzebne! Czy Autor docenia fakt, że nie musiał uczyć się greki i łaciny w szkole, bo ktoś postanowił zerwać z tradycją?

    • Paweł Pomianek pisze:

      Szanowny Panie,

      mam wrażenie, że meritum tekstu jest trochę inne. Autor argumentuje przede wszystkim, że powinniśmy pisać zgodnie z obowiązującą pisownią. Przy tym wskazuje po prostu argumenty, dlaczego takie pisanie ułatwia życie. Ułatwia, a nie – jak Pan sugeruje – utrudnia. Jeśli mielibyśmy sobie – ja czy Tomek – przypisać rodzaj podejścia do języka wśród osób, które na co dzień językiem się zajmują, na pewno nie bylibyśmy purystami, ale przeciwnie – liberałami językowymi. Uznajemy i proponujemy zmiany, ale zmiany sensowne, a nie radykalne i wprowadzające kompletne zamieszanie i sprawiające, że wyrazy, które się różnią w pisowni, staną się takie same, a Czytelnik będzie z kontekstu musiał domyślać się, o co chodzi. Proszę zauważyć, że to proste rozwiązanie, które miałoby być tak doskonałe, ułatwiałoby może życie użytkownikowi języka jako piszącemu, ale za to utrudniałby nam życie jako czytającym. A warto zauważyć, jak niewiele człowiek pisze, w stosunku do tego, ile człowiek czyta.

      Co do łaciny i greki… Ja akurat miałem to szczęście, że łaciny mogłem się uczyć (dobrowolnie) już w szkole średniej, a nieco więcej na studiach. Podczas studiów skorzystałem też z możliwości nauki podstaw greki (warto przynajmniej litery greckie znać, by teksty odszyfrowywać). Bardzo popieram też postulaty pewnych środowisk dążących do powrotu łaciny do szkół jako przedmiotu obowiązkowego. Choćby z tego względu, że nauka łaciny ułatwia naukę polskiego. Pomaga też we wprowadzaniu w naszą kulturą. Ale to już jest akurat tutaj poza tematem.

    • Tomek Powyszyński pisze:

      Szanowny Panie,

      niestety nie zrozumiał Pan mojego wpisu. Argumenty, przytoczone przeze mnie za Andrzejem Markowskim, nie są przeciwko jakimkolwiek zmianom w języku, ale przeciwko niemądrej pokusie rewolucyjnego uproszczenia ortografii. Zmiany, uproszczenia i ułatwienia w języku są konieczne i – proszę zwrócić uwagę – w tym samym wpisie o tym wspomniałem. My ciągle reformujemy nasz język, wprowadzając zmiany, które mają służyć jego użytkownikom. Ale nie zrobimy tego – i słusznie – w sposób gwałtowny i nieprzemyślany.

      Być może za pięćset lat nasz język będzie wyglądał tak, że nie będzie ch i rz, ale to będzie dopiero za pięćset lat, nas to nie będzie dotyczyć, i jeżeli już, to będzie to owoc ewolucji, a nie rewolucji.

      Pozdrawiam,
      TP

    • Anna pisze:

      W sumie, zamiast uczyć się trudnego języka polskiego z niepraktycznymi
      zasadami ortografii, można nauczyć się innego języka i nie męczyć się z Polskim,
      np. greckiego :0)) W greckim dopiero panuje ułańska fantazja, jak choćby 5 możliwych zapisów litery „i” , 2 różne „o” , 2 „e” czy to, że inaczej dana literę zapisujemy w środku wyrazu a inaczej na zewnątrz, a jeszcze inaczej ją czytamy.
      I to dopiero sprawia, ze język jest ciekawy. Nauka greckiego wciąga bo jest jak łamigówka. Polski to przy nim pestka.

  4. Paweł Pomianek pisze:

    Pani Urszulo,

    proszę jednak popatrzeć na ten tekst z innej strony. Artykuł podsuwa tym, którzy cenią język, kilka uporządkowanych argumentów dla poparcia swoich racji. A przecież chyba każdy od czasu do czasu spotyka się z kimś, kto poprawność językową ma gdzieś, i w dyskusji może z powyższych treści skorzystać..

  5. Ula pisze:

    Obawiam się, że tych, którzy ortografię mają gdzieś ten tekst nie przekona. Powiem więcej, pewnie nawet go nie przeczytają…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *