Z historii języka: dykcja ludzi Odrodzenia, czyli jak mówił Jan Kochanowski

Tomasz Marek ●

Portret Jana Kochanowskiego – drzeworyt Aleksandra Regulskiego wg rysunku Józefa Buchbindera

Szanowni Państwo – sensacja! Jedyne w sieci spotkanie z XVI-wieczną polską wymową! Na podstawie wskazówek prof. St. Urbańczyka, zawartych w specjalnym numerze Języka Polskiego (XXXIII) z 1953 r., postarałem się (nieudolnie – nie jestem aktorem ni lektorem zawodowym) odtworzyć dla Państwa TREN IV Jana Kochanowskiego w brzmieniu, jakie najprawdopodobniej wypłynęłoby z ust Mistrza z Czarnolasu.

Mnie, człowiekowi współczesnemu, sprawiło mnóstwo kłopotu oddanie wielu nieznanych mi fonemów: ścieśnionych (pochylonych) samogłosek: a (czytana niemal jak „o”; „jasne”, czyli współczesne „a” zapisywano wtedy: á), é (czytane jak „i” lub „y”), ó (pośrednie między dzisiejszymi „o” i „u”), wygłoszenie przedniojęzykowego ł (podobne do tzw. wymowy kresowej; takie „ł” możemy usłyszeć w polskich przedwojennych filmach), pamiętanie o labilizacji o (przed głoską „o” występuje stłumione „ł” lub raczej „u”) i na koniec wymowa rz, która to głoska zawierała dwudźwięk: najpierw wibrujące „r”, a potem nasze współczesne „ż” (niemal jak w słowie „rżysko”, tylko „r” krótsze).

Oto, co z tego wyszło:

Nieatrakcyjny tembr mojego głosu proszę reklamować u Stwórcy. Za błędy dykcji – przepraszam. Za błędy akcentu i przestankowania – też; zbytnio skupiałem się na oddaniu głosek. Choć fachowcy wytkną mi wiele usterek artykulacji, to i tak unikatowa próba, bo w sieci nie znajdą Państwo podobnej. Każdego z Państwa zachęcam do zabawy: uzbrojeni w powyższe informacje, spróbujcie Państwo sami mówić, jak na renesansowym dworze. Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Redaktor – po stronie autora

Zdjęcie: Jaume Felipe – Photoxpress.com

Dzisiejszy wpis chcę poświęcić kwestii współpracy redaktora (adiustatora) z autorem, a konkretnie mówiąc – temu, co uważam za podstawową zasadę dobrego współdziałania.

Sugestie kieruję przede wszystkim do młodych redaktorów, zaczynających pracę w zawodzie. Są to wnioski, które wyciągam na podstawie moich ośmiu już lat codziennej współpracy z wieloma autorami. Uważam bowiem, że jest pewna zasada działania, która pozwala uzyskać zaufanie autora i niebywale zwiększyć nie tylko efektywność, ale też i komfort naszej pracy.

Skorzystam tutaj z konkretnego przykładu zdarzenia, które miało miejsce ostatnio. Dostałem do redakcji świetny (jak na debiutanta) zbiór opowiadań. Byłem pod dużym wrażeniem wyobraźni autora oraz jego wiedzy z fizyki i historii, a także tego, jak umiejętnie potrafił z tej wiedzy korzystać, pisząc np. opowiadania z historii alternatywnej czy typowe sf. W książce miały jednak miejsce nieścisłości łatwe do wyłapania dla przeciętnego czytelnika (np. jeden z pobocznych bohaterów mieszkał sam, bo był młody, a chwilę później jechał do porodu żony). W komentarzach rzecz jasna wskazałem te nieścisłości autorowi (ich wyłapywanie to wszak najważniejsze zadanie na poziomie redakcji).

Niemałe było moje zdziwienie, gdy po otrzymaniu książki z korektą autorską okazało się, że autor nie ma ochoty poprawiać tych nieścisłości, moje komentarze przeczytał albo pobieżnie, albo zupełnie opacznie, odpowiadając na nie półsłówkami… Zdarzają się autorzy, z którymi bardzo trudno nawiązać dobrą współpracę, ale ja w tej sytuacji uciekłem się do perswazji polegającej na spokojnym wyjaśnieniu mojej roli. Oto fragment mojej (niedługiej w sumie) wypowiedzi:

Wydaje mi się, że zwłaszcza do pewnego miejsca nieco opacznie (bądź niedokładnie) odczytywał Pan moje komentarze. Zachęcam, by nie traktował mnie Pan jako oponenta. Jednym z moich zadań jest trochę szukanie dziur w tekście po to, by książka dotarła do czytelnika w jak najlepszych kształcie. Zwłaszcza że – muszę przyznać – uważam Pańskie opowiadania za naprawdę świetne i chciałbym, by ujrzały światło dzienne oczyszczone z widocznych nieścisłości.

W tym przypadku zadziałało to przemianą autora jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W kolejnej wersji książki okazało się nie tylko, że zmienił absolutnie wszystkie fragmenty, na których mi szczególnie zależało, ale też że znalazł naprawdę świetne i proste rozwiązania tych problemów, które mnie nawet nie przyszłyby do głowy.

Spokojna perswazja, docenienie pracy autora, a przede wszystkim ukazanie swojej roli jako kogoś, kto jest po stronie autora, kto chce jedynie pomóc, a nie skrytykować – pozwalało w dalszej współpracy wspólnie przenosić góry. / Zdjęcie: Paweł Pomianek, Językowe Dylematy © / Dominika Pełka – I 2013

Zresztą przyznam, że miałem już niejedną taką sytuację, gdy właśnie spokojna perswazja, docenienie pracy autora, a przede wszystkim ukazanie swojej roli jako kogoś, kto jest po stronie autora, kto chce jedynie pomóc, a nie skrytykować – pozwalało w dalszej współpracy wspólnie przenosić góry.

Bo weźmy też pod uwagę perspektywę, z jakiej musi patrzeć autor: po napisaniu książki, oddaniu jej do wydawnictwa pojawia się gość (lub gościówa), który bierze się za jego książkę i zostawia mu sugestie, krytyczne uwagi (tu kolejna sugestia: zostawiajmy też od czasu do czasu uwagi ciepłe, wyróżniajmy szczególnie wartościowe fragmenty – autorzy to lubią i lepiej zrozumieją naszą rolę, łatwiej pogodzą się z krytyką). Pogodzenie się z tym, że ktoś słusznie wytyka mu niedociągnięcie, dla wielu osobowości autorskich jest zwyczajnie trudne, a człowiek ma w sobie mechanizm, automat, który każe się bronić, umniejszać własne błędy.

Pamiętajmy też, że i nam (np. przez niedopatrzenie, ze zmęczenia) zdarzyć się może napisanie komentarza w zbyt ostrym tonie. Albo w tonie odpowiednim, ale skrótowo – co sprawi, że autor odczyta nasz komentarz jako negatywną ocenę jego pracy. Zresztą w komunikacji między dwoma osobami zawsze istnieje niebezpieczeństwo odczytywania przekazu opacznie – zwłaszcza gdy nie mamy możliwości obserwować siebie nawzajem, interpretować mimiki, tonu głosu, gdy jesteśmy zdani wyłącznie na nagi zapisany tekst.

Tylko więc ustawienie się po stronie autora, życzliwość, otwartość na wyjaśnienia autorskie, ustępowanie tam, gdzie jest to możliwe, przyznawanie się do potknięć i błędów interpretacyjnych (jesteśmy ludźmi, więc te z pewnością i nam się zdarzają), a koniec końców przekonanie autora, że zależy nam na nim i jego książce – daje możliwość nawiązania dobrej współpracy.

– Paweł Pomianek

Zaszufladkowano do kategorii Tak pracujemy | Otagowano , , , , | 1 komentarz

Czy wiesz, że… Ciekawostki językowe (44)

Na koniec lipca nowy zestaw językowych ciekawostek przygotowany przez Tomasza Marka.

Wyrażenie „utkwić wzrok” jest równoważne wyrażeniu „utkwić oczy”, choć to drugie wydaje się co najmniej egzotyczne, by nie rzec rodem z horroru. / Zdjęcie: Językowe Dylematy ©

1.
Czy wiesz, że…

absolutną regułą jest obramowywanie każdego zwrotu w wołaczu przecinkami? Oczywiście, jeśli otwiera zdanie, przecinka nie stawiamy przed; jeśli zamyka – nie stawiamy po. I jeśli uznamy, że odpowiedniejsze jest zakończenie frazy w wołaczu wykrzyknikiem lub pytajnikiem, zastępują one przecinek. Ilustracją tej zasady jest typowy zwrot inicjalny w korespondencji: „Szanowni Państwo,…”, ale czasem kłopot sprawiają takie zdania: „Żegnaj, laleczko!”, „Dalej z posad, bryło świata, nowemi cię pchniemy tory…”, czy nagrobkowy slogan: „Jezu, ufam Tobie”.
za: Poradnia PWN i E.Słuszkiewicz, Język Polski, zeszyt LX

2.
Czy wiesz, że…

wyrażenie utkwić wzrok jest równoważne wyrażeniu utkwić oczy, choć to drugie wydaje się co najmniej egzotyczne, by nie rzec rodem z horroru? Wg przykładów z literatury oba te frazeologizmy współpracują równie dobrze z rzeczownikiem w bierniku, jak i w narzędniku czy miejscowniku. Zatem możemy „utkwić wzrok w Pawle” jak i „utkwić go w Pawła”, a i „oczy…” możemy „…utkwić (brrr!) w czyichś ustach lub „…w ekran”. Osobiście razi mnie „utkwianie oczu w usta i ekrany”; doradzałbym stosowanie utkwienia z umiarem i tylko z miejscownikiem, a we wszystkich użyciach biernikowych zastąpiłbym je bardziej oczywistym „wbiciem wzroku (w usta, w ekran)”. Wbijanie oczu też bym odradzał, kogel-mogel z żółtek lepiej smakuje.

3.
Czy wiesz, że…

czasownik mżyć ma kilka różnych znaczeń? Są to:

  1. (o deszczu) padać gęsto małymi kropelkami

Deszcz mżył nieustannie, posępne niebo przygniata…’ Reymont, Nowele

  1. świecić rozproszonym, zamglonym światłem, przezierać

Niebo niskie, […] mży przez chwilę bladym światłem skróś oparów tchniętym’ Konopnicka, Nowele.

Mżyć się jest formą wzmocnioną w stosunku do podstawowej mżyć.

  1. (lit. dawniej) śnić, marzyć

Potem by, cicho mżąc, rozważał w sobie, że nie zapomniał mowy polskiej’ Słowacki, Beniowski.

  1. we frazeologizmie: mży komuś w oczach – ktoś widzi niewyraźnie, przez mgłę.

Współcześnie stosuje się idiom „mżyć się [coś] [komuś]”, który nawiązuje do znaczenia 3. i oznacza nierealistyczne plany, marzenia.

4.
Czy wiesz, że…

rzeczownik (M. l.p.) błonie (Doroszewski odnotowuje jeszcze błoń, ale uważa tę formę za przestarzałą),  ma M. l.mn. błonia, ale każde z nich oznacza w zasadzie to samo, czyli (jedną) łąkę? Użycie l.mn. sygnalizuje jedynie, że łąka jest duża. Zaskoczeniem może być D. l.mn., który ma dwie wersje (kogo, czego – „tych”): błoń albo błoni. Obie mają równoliczną reprezentację w Korpusie PWN, ale pierwszej używają głównie starzy mieszkańcy Krakowa wobec miejsca znanego Polakom głównie ze spotkań z papieżami. Zatem Krakus powie: „Dotarłem do Błoń”, podczas gdy większość Polaków „Nie widziała Błoni krakowskich”. A tych Błoń to nawet nie słyszała.

Zaszufladkowano do kategorii Ciekawostki językowe | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Z historii języka: krewni i powinowaci

Rok temu badałem, jakimi zwrotami i tytułami posługiwali się nasi przodkowie w rozmowie między sobą (zobacz artykuł: Zwroty adresatywne). Ten artykuł może być traktowany jako jego kontynuacja – kontakty pomiędzy członkami rodziny były żywe i nazwy stopni pokrewieństwa i powinowactwa w rozmowie między nimi oraz o nich były bardzo istotne. Miały też znaczenie w aktach prawnych.


Wszystkie zamieszczone poniżej informacje skopiowałem niemal z artykułu prof. Jana Łosia, zamieszczonego w drugim z Zeszytów Literackich (Kraków 1914).


Rodzinę zakładają mąż i żona. Związek, który ich łączy, to swadźba (swaćba, bo pochodzi od ‘swat’, ‘swatać’). Po przyjęciu chrześcijaństwa zaczęto odróżniać żony od małżon, z którymi zawierano śluby kościelne; pierwszą część tego wyrazu wzięto od Niemców: ‘mahl’. Z czasem starą swadźbę zastąpiono przez nowe małżeństwo. Wyrazy: małżona, małżonka, stworzyła potrzeba życia, a małżonek jest tworem późniejszym, kiedy to do wyrazu mąż chciano dorobić taki sam etykietalny synonim, jakim jest małżonka względem żony.

Prasłowianie dla żony stosowali nazwę sneża (w Czechach ostała się forma zdrobniała ‘snežka’), niewiasta, niewiestka. Na żonę syna przeniesiono (z innych znaczeń) nazwy: zełw, złew, zełwica, zołwica, nieściora, świeść, jątrew, choć najczęściej nazywano ją przymiotnikiem: synowa (domyślnie: czyja [żona]). Mąż córki zawsze był zięciem; nazwę tę rozciągano i na męża wnuczki. Żona brata to jętry, jątrew, jątrewka (w starocerkiewnym jętry oznaczała żonę brata męża, ale Polacy na to własnej nazwy nie mieli). Mąż siostry rodzonej i stryjecznej, ciotecznej i wujecznej był zięciem (również w łacinie ‘gener’ oznacza zarówno zięcia, jak i szwagra). W rękopisie z Biblioteki Jagiellońskiej z 1476 r. mąż siostry został nazwany swakiem, przy czym dodano, że po niemiecku mówią ‘swoger’, co dopiero później spolszczono na szwagier. Używa go Rej dla brata żony, ale dla męża siostry zachowuje wyraz zięć. Prócz tej nazwy mężowi siostry nadawano też inne: własny swak, siestrzanek, siestrzeniec, dziewierz; we właściwym jednak dawnym tego słowa znaczeniu dziewierzem nazywano brata męża, podczas gdy brat żony nosił starą nazwę szurza (D.: szurzy lub szurzego). Świeść była to siostra żony, a zołwicasiostra męża, tę jednak częściej nazywano niewiastą lub świeścią, a nazwę zołwica przenoszono na żonę syna. Już jednak w XV i XVI w. nieraz różnych powinowatych nazywano ogólnie swakami, widocznie wyraz swak miał znaczenie ogólniejsze.

Po przyjściu na świat dziecka mąż i żona to jego rodzicy (dzisiejsza forma rodzice jest właściwie biernikiem). W l.p. rodzic, rodzica lub rodziciel, rodzicielka; tych nazw używano tylko w sytuacjach szczególnych, zwykle mówiono: ociec, matka albo mać. W staropolszczyźnie mać odmieniano: D.: macierze, B.: macierz (co dziś uważa się za mianownik). Obok tego (XV w.) znajdujemy dla matek nazwę: maciory.
Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , | 1 komentarz

Najstarsze zapisane polskie słowo raz jeszcze

Peter Breughel Młodszy, Płatność dziesięciny

Przed zdaniem z Księgi henrykowskiej AD 1268 i przed powstaniem domniemanej kroniki z opisem bitwy legnickiej (po 1241 r.) istnieje jeszcze starszy (AD 1233) dokument zawierający zapisany wśród łacińskich słów… polski rzeczownik pospolity. Nie zgadniesz, jaki!

To słowo to gonitwa. Tak, nie mylę się:

‘Item precipimus, quod omnes, cuiucque sint condicionis, decimam ex integro solvant in gonythwam, licet sint aratores militium’.

Co gonitwa robi w konstytucjach synodu w Sieradzu, który odbył się za regencji Henryka I Brodatego? Wyjaśnienie wymaga dłuższego wywodu.

W czasach feudalnych chłopi byli zobowiązani świadczyć dziesięciny Kościołowi. Odbiorcą i zarazem egzekutorem dziesięcin był pleban lub opat. Dziesięcina miała postać snopową, małdratową (tj. w ziarnie) lub pieniężną, z czego najdawniejsza jest ta pierwsza. Prawo stanowiło, że chłopu po ustawieniu snopów zżętego zboża nie wolno było sprzątnąć go z pola, zanim duchowny nie wskazał, które snopy jemu się należą. Wtedy chłopi byli zobowiązani wskazane zboże odstawić na właściwe miejsce (szlachty ta odstawa nie dotyczyła), a dopiero potem mogli dysponować swoim. W konstytucjach synodu wrocławskiego (AD 1248) czytamy:

‘Niektórzy [duchowni] należnej im dziesięciny, którą obowiązani do niej są gotowi zaraz po żniwie oddawać, nie chcą odbierać nawet na usilne ich nalegania, aby przez to zmusić do złożenia dziesięciny w takiej [większej] ilości, jaką sami wyznaczą. Kiedy bowiem obowiązani do składania dziesięciny nie mogą swoich dziewięciu części z pola zwozić, zanim pierwej nie będzie oddana dziesięcina, przeto jeśli laicy [tj. świeccy] nie chcą tyle dać, ile się od nich żąda, wtedy ci, którym się należy dziesięcina, nadużywając ojczystego prawa, pozwalają świadomie swojej dziesiątej części raczej na polu zmarnieć, byleby laicy w swoich dziewięciu częściach szkodę ponieśli’.

Następne konstytucje synodalne terminy odbioru dziesięciny precyzowały dokładniej, co jest dowodem częstego wymuszania większych dziesięcin tą metodą.

Chłopi z utęsknieniem wyczekiwali na wskazanie snopów do dziesięciny, a gdy owo wreszcie nastąpiło, musieli najpierw zwieźć je duchownemu, by dopiero potem móc zająć się swoimi. Odbywała się istna gonitwa – z czasem, z opadami, grożącymi zniszczeniem plonów, ze szkodnikami. Gonitwa odróżniała dziesięcinę kmiecą (decima in gonitwam – to oficjalny średniowieczny termin na dziesięcinę kmiecą, obecny w wielu źródłach) od szlacheckiej, bo nobile dziesięciny wprawdzie też świadczyli, ale bez obowiązkowej dostawy do stodoły plebana czy klasztoru. Tę duchowny odbierał sam.

I kto by przypuszczał, że słowo gonitwa jest tak stare? Gdyby nie powszechna i odwieczna pazerność duchowieństwa w ogóle byśmy się o tym nie dowiedzieli. Warto tę gonitwę zapamiętać, ponieważ językoznawcy, zapytywani o najstarsze polskie słowa, albo zbaczają na zdanie z Księgi henrykowskiej, albo mówią o nazwach geograficznych, które jednak same w sobie nie są rzeczownikami pospolitymi, choć mogą od nich pochodzić.

— Tomasz Marek

za: Jan Czubek, Język Polski, marzec-kwiecień 1926.

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano | 1 komentarz

Czy wiesz, że… Ciekawostki językowe (43)

Nową porcję ciekawostek przygotował Tomasz Marek.

Południca – według wierzeń słowiańskich złośliwy i morderczy demon polujący latem na tych, którzy niebacznie w samo południe przebywali w polu (za: Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian). / Zdjęcie: ze zbiorów Magdaleny Forgiel ©

1.
Czy wiesz, że…

zaimek zwrotny, oprócz swej normalnej funkcji w zdaniu, może pełnić funkcję wyłącznie ekspresywną, tj. oddającą uczucia? Dotyczy to celownika (mi, ci, sobie). Aby zdanie pozbawić ekspresji bez zmiany treści, wystarczy ten zaimek wykreślić.
Źle mi wyglądasz.
O, zmizerniała mi pani…
Przestań mi płakać!
To mi człowiek!
Dobrze sobie pani wygląda.
Pamiętaj, żebyś mi wrócił prosto do domu!
A to ci jak nie trzaśnie!
Tu zaś przykład wyrażenia w całości i wyłącznie wyrażającego ekspresję (zdziwienie):
A to ci dopiero!
za: K. Pisarkowa (za H. Safranowiczową), Język Polski, zeszyt XLVIII

2.
Czy wiesz, że…

obok zaimków zwrotnych istnieją inne wyrazy, które w pewnych wyrażeniach pełnią funkcję wyłącznie ekspresywną? Oznacza to, że można je wykreślić bez zmiany treści. Nazywa się je (za Jagodziński, Gramatyka) różnie: modulanty afektujące, partykuły wzmacniające, modalizatory. Należą do nich m.in.:
aby (Czy ty aby nie kłamiesz?)
ci, mi, sobie (A to ci nowina! Dobrze sobie wyglądasz.)
tak (Gdzieś tak w połowie miesiąca…)
i (Tego i żal słuchać.)
to (Kogo to diabli niosą?)
(Kogoż to widzę!?)

3.
Czy wiesz, że…

tak jak człowieka z południa nazywa się powszechnie południowcem, istniały kiedyś (Słownik warszawski 1900 – 1927) analogiczne określenia ludzi z zachodu i wschodu: zachodniowiec (zachodowiec) i wschodniowiec? Na człowieka z północy nie mówiono północnik (z powodu wiadomych skojarzeń), choć nazwy tej użył sam Słowacki (w „Podróży z Ziemi Św. do Neapolu”). O dziwo, żeńskich wersji w/w rzeczowników nie stosowano: południówka to gwarowa wersja południcy (mary polnej), północnica to archaiczna nazwa modłów o północy w kościele greckim, a pozostałych (zachodniówka czy wschodniówka) nigdy nie było.
za: Z. Klemensiewicz, Język Polski, zeszyt XXXVII
PS I co na to feministki? Czy chciałaby któraś być południówką?

Żeńskich wersji w/w rzeczowników nie stosowano. M.in. dlatego, że południówka to gwarowa wersja południcy. I co na to feministki? Czy chciałaby któraś być południówką? / Zdjęcie: Nadezhda Antipova, H. Grushko, Y. Medvedev, A Dictionary of slavic mythology, lic. CC

4.
Na pewno wiesz, że…

zbitkę jak+to (jak to) zapisujemy rozdzielnie. I to niezależnie od znaczenia, choć w zdaniu: „Jak to się stało?”, to jest zaimkiem wskazującym, podczas gdy w wypowiedzeniu „Fałszywe? Jak to, fałszywe!? to jest modulantem afektującym i pełni rolę wyłącznie ekspresywną. Zapis łączny (*jakto!, gdzie to pełni rolę ekspresywną) jest jednak powszechnie stosowany przez językoznawców w zapisie mowy żywej, gwarowej. Cóż, co wolno wojewodzie…

5.
Czy wiesz, że…

co+by można (trzeba!) pisać na dwa sposoby – łącznie bądź rozdzielnie – zależnie od znaczenia? Coby znaczy: „aby”, „żeby”, natomiast co by oznacza: „kto by”, „który/która by”.
Jestże tu taka, co by chciała być moją?
Coby nie jechać w ciemno, wpierw zadzwoń.
Należy podkreślić, że coby należy do wyrażeń potocznych.
Z pisownią co+by jest podobnie, jak z innymi możliwymi w pisowni łącznej i rozdzielnej, np.: tak+że, co+raz, to+by, a+bo.

Zaszufladkowano do kategorii Ciekawostki językowe | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gorze! Czy to najdawniej zapisane polskie słowo?

Panuje opinia, że najstarsze zdanie w języku polskim pochodzi z Księgi henrykowskiej (AD 1268): ‘Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai’ (w transkrypcji: „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj!”). Czy to prawda?

Zaznaczony na czerwono fragment uchodzi za pierwsze polskie zdanie.


Pamiętają Państwo zapewne frazę ekspresywną „O, gorze mi, gorze!”, nierzadko stosowaną w archaizowanych przekładach (np. Eurypides, Hyppolytos uwieńczony), ale i w rodzimej literaturze (Sienkiewicz, Krzyżacy). Wielu okrzyk gorze! kojarzy z pożarem, gorączką; wydaje się jednak, że to znaczenie wtórne. Według zgodnego zdania językoznawców gorze to rzeczownik oznaczający „nieszczęście”. Był on używany powszechnie właśnie w tym znaczeniu aż do XVII w. (np. przez Reja). Gorze to najstarsze – jak niektórzy sądzą – zapisane w języku polskim słowo, przytoczone przez Długosza jako część okrzyku Henryka Pobożnego w bitwie pod Legnicą (AD 1241): ‘Gorze się nam stało!’. Długosz podczas pisania swoich Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae mógł mieć dostęp do opisu bitwy, dokonanego przez jej uczestnika (byłażby to zaginiona kronika autorstwa Wincentego z Kielczy?). Tak więc, choć zdanie z Księgi henrykowskiej zawiera najstarsze zapisane polskie zdanie zachowane w oryginale, to okrzyk Henryka Pobożnego może być wcześniejszy o ponad dwadzieścia lat.

Nie bez powodu wspomniałem o Krzyżakach, jedynie bowiem w wydaniu internetowym tej książki z cyklu Wolne lektury znalazłem prawidłowo wyjaśniający znaczenie gorze mi przypis. Brawo Wolne lektury i ich wydawca: fundacja Nowoczesna Polska!

Długosz przytacza też inny polski okrzyk z bitwy legnickiej: ‘Bieżajcie! bieżajcie!’ Okrzyk ten (dziś zapisujemy go: ‘Biegajcie! biegajcie!’) niesie nieznaną współczesnym Polakom treść: „Uciekajcie! uciekajcie!”. W języku rosyjskim i dziś czasownik убежать (ubieżáć) znaczy „uciekać”. Pamiętam przewodniczkę w Zagrzebiu, mówiącą piękną polszczyzną Chorwatkę, studentkę polonistyki tamtejszego uniwersytetu, która relacjonowała zachowanie księcia: ‘odbiegł z pola bitwy’. Jak widać inne języki słowiańskie przechowują zapomniane przez Polaków setki lat temu znaczenia i słowa.

— Tomasz Marek

Najważniejsze źródło:
Język Polski, zeszyt XLVIII, http://mbc.malopolska.pl/dlibra/plain-content?id=18258

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano | 3 komentarze

Stanowisko kierowania burmistrza

Można też zmienić końcówkę fleksyjną i utworzyć „stanowisko kierowania burmistrzem”… / Zdjęcie: Andrey Kiselev, Photoxpress

Tym razem wpis z przymrużeniem oka (choć nie do samego końca). Oto pytanie Czytelniczki:

Dzień dobry,

chciałabym dowiedzieć się czy forma, która pojawia się w dokumentach urzędowych  np:

„utworzono stanowisko kierowania Burmistrza, utworzono stanowisko kierowania wójta” jest poprawna?

Spotkałam się ze „stanowiskiem kierowania ogniem”, „stanowisko sterowania statkiem” ale „stanowisko kierowania Burmistrza” brzmi dla mnie hmm… dziwnie (?)

Dziękuję bardzo za odpowiedź.

Szanowna Pani,

„stanowisko kierowania Burmistrza” to – sugerując się Pani komentarzem (czy raczej jego interpretacją, może opaczną) – być może jakiś potworek językowy. Ale można by się tutaj pokusić o twórczą inspirację. Załóżmy, że burmistrz w swoim pokoju posiada np. jakieś tajne stanowisko, z którego kieruje – dajmy na to – jakąś grupą szturmową gminy. Wtedy nazwalibyśmy je stanowiskiem kierowania burmistrza. Albo, wie Pani, jest powódź. Przyjeżdżają strażacy i tworzą naprędce takie specjalne miejsce, na które chwilę później wkroczy burmistrz i będzie zarządzał jednostką. Takie miejsce też będziemy mogli nazwać stanowiskiem kierowania burmistrza.

Można też zmienić końcówkę fleksyjną i utworzyć „stanowisko kierowania burmistrzem” – mielibyśmy tutaj na myśli kogoś, kto pełni w gminie rolę szarej eminencji. Mogłaby je zajmować np. sprytna asystentka, sekretarka czy jakkolwiek to teraz zwą.

Mam nadzieję, że nie pogniewa się Pani, iż trochę sobie dworuję, po prostu mnie ta nazwa w sugerowanym kontekście rozbawiła.

Z wyrazami szacunku
– Paweł Pomianek

PS Mówiąc poważnie: Z tego, co widzę, przykłady użycia tego określenia w Google’u, wskazują na to, że rzeczywiście są to miejsca, z których burmistrz ma kierować gminą. Takie użycie tego określenia raczej nie rodzi problemów językowych i nie jest językowym potworkiem. Choć rzeczywiście możemy to określenie traktować jako przejaw urzędniczej nowomowy, a jego brzmienie uznać za trochę dla polszczyzny nienaturalne.

Zaszufladkowano do kategorii Odpowiedzi na pytania | Otagowano | Dodaj komentarz

O książce „Edytorstwo” Łukasza Garbala zdań kilka

Dla osób zajmujących się na co dzień edytorstwem lub planujących się tym zawodowo zajmować niewątpliwie lektura obowiązkowa. Dla redaktorów i korektorów źródło wielu cennych refleksji.

Łukasz Garbal, Edytorstwo. Jak wydawać współczesne teksty literackie, Warszawa (PWN) 2011, ss. 356.

Nie jest to może lektura bezpośrednio związana z tematyką strony, bo my zajmujemy się redakcją i korektą tekstów pisanych na świeżo i bieżącymi dylematami językowymi, podczas gdy wspominana publikacja Edytorstwo. Jak wydawać współczesne teksty literackie traktuje o tekstach wydanych przez poważnych autorów w poprzednim wieku – niemniej wykształcenie z osobami zajmującymi się zawodowo edytorstwem odbieramy generalnie wspólne, więc parę słów o książce Garbala nie będzie z pewnością nie na miejscu.

Ideą i celem autora było przygotowanie kompleksowego podręcznika edytorstwa, który przynajmniej delikatnie napomykałby o wszystkich istotnych sprawach związanych z tematem. Dyscyplinę, o której pisze, autor definiuje następująco:

Edytorstwo (edytorstwo naukowe) – jedna z nauk pomocniczych humanistyki na pograniczu literaturoznawstwa, językoznawstwa i historii, której podstawowym celem jest ustalenie kształtu danego tekstu literackiego (w tym listów, esejów, dzienników) najlepiej oddającego wolę autora. (…)

Właśnie owo ustalanie tekstu zgodnego z wolą autora łączy naszą pracę z pracą edytora, przy czym my mamy o tyle łatwiej, że współpracujemy na bieżąco z samymi autorami, podczas gdy edytor pracuje na tekstach autorów nieżyjących, którzy przemawiać mogą jedynie przez pozostawione wersje tekstu (rękopisy, maszynopisy, poszczególne wydania). Czytaj dalej

Zaszufladkowano do kategorii Teksty publicystyczne | Otagowano , | Dodaj komentarz

Czy wiesz, że… Ciekawostki językowe (42)

Oto kolejna porcja ciekawostek. Jako że końcem maja i początkiem czerwca przypadają Dzień Matki i Dzień Dziecka w dzisiejszych ciekawostkach będzie m.in. i o rodzicach, i o dziecku. Materiał przygotował Tomasz Marek.

Słowo rodzic oznaczające „jedno z dwojga rodziców, ojca lub matkę”, dziś oczywiste, jeszcze w 1973 roku było uznawane za niewłaściwe i piętnowane.
/ Zdjęcie: Photoxpress, autor: Andrey P.S.

1.
Czy wiesz, że…

słowo dziecko, dziś mające tak miłe konotacje, powstało początkowo jako określenie pejoratywne (uwłaczające) i znaczyło tyle, co bękart? Ilustruje to Klonowic w wierszu „Worek Judaszów”, a potwierdza Linde. Wszystkie przyrostki ekspresywne -cko i ‑sko używano dla okazania wzgardy (błocko, konisko, chłopisko). Jednakowoż istnieją przykłady (w tym z XV w.) na nieekspresywny charakter dziecka. Istnieją też regiony Polski (łęczyckie), które do niedawna słowa dziecko nie znały wcale.
za: B. Kreja, Język Polski, zeszyt XLVIII

2.
Czy wiesz, że…

słowo rodzic oznaczające „jedno z dwojga rodziców, ojca lub matkę” (SJP PWN 2017), dziś oczywiste, jeszcze w 1973 roku było uznawane za niewłaściwe i piętnowane przez Doroszewskiego w jego SPP PWN? Argumentowano, że końcówka -ic jest właściwa jedynie dla męskich członków rodu (starościc, wojewodzic), że wyraz rodzic, nawet w odniesieniu do ojca, brzmi to żartobliwie, to znów zbyt podniośle, że rodzic w odniesieniu do matki maskulinizuje kobietę w rodzinie. Głównym zwolennikiem rodzica w obecnym tego słowa znaczeniu był dr (ówcześnie) Miodek. Cóż – na jego wyszło…
za: Język Polski, zeszyt LX

3.
Czy wiesz, że…

czasownik besztać pochodzi od bestii? To właśnie łacińskie słowo było używane od XVI w. w wersji opisowej przeklinania kogoś: „przezywać kogoś bestią”. Na skutek kontaktów z Węgrami na dworze Batorego, zapożyczone od nich w formie beszte, stało się w XVI w. źródłem dla tego często dziś używanego czasownika. Podstawowe znaczenie besztania to: „łajanie”, ale jeszcze Linde (1807 r.) znał je w znaczeniu: „bestią nazywać”.
za: A. Krawczyk, Język Polski, zeszyt LIX

4.
Czy wiesz, że…

rzeczownik pasjonat niedawno (ok. 1960 r.) oznaczał wyłącznie kogoś, kto łatwo wpada w pasję, jest gwałtowny? W latach 80. znaczenie to uchodziło już za przestarzałe, choć prof. Bralczyk przyznał w 2003 roku, że słowa pasjonat nadal używa wyłącznie na określenie kogoś „łatwo wpadającego w gniew, wybuchowego”. Dziś dominuje znaczenie „człowiek oddający się swoim pasjom (np. hobby)”, choć w SJP PWN (2017 r.) obecne są oba.

Zaszufladkowano do kategorii Ciekawostki językowe | Otagowano , | 3 komentarze