Małgorzata Kubicz: Współczesna edukacja a język młodzieży

Niniejszy artykuł autorstwa Małgorzaty Kubicz otwiera obiecany w „Notce wstępnej” cykl dotyczący języka dzieci i młodzieży. Autorka – filolog polski – w poprzednim roku szkolnym pracowała w jednej z rzeszowskich szkół, m.in. przygotowując młodzież do matury z języka polskiego. Poniższy tekst jest przede wszystkim owocem jej obserwacji okiem praktyka.

Temat wypracowań spychany jest na dalszy plan w pracy dydaktycznej z uczniem. Prawie nie zdarzają się klasówki w formie dwugodzinnych wypracowań, a ambitniejszy nauczyciel, który się na to „porwie”, jest uważany za „czepiającego się i szukającego dziury w całym dziwaka”.

Wpływ Internetu i telewizji na język młodzieży

Dzisiejszy współczesny świat młodzieży zdominowany jest przez Internet i telewizję. Media te zapanowały nad czasem wolnym młodych ludzi, kreują ich relacje międzyludzkie, zainteresowania, gusta estetyczne, a także wpływają na wybory postaw wobec rzeczywistości. Dostarczają niemal natychmiast każdego rodzaju rozrywki. Młody człowiek zasiadający przed komputerem i uczestniczący w tworzonej przez media „przyjemnej” wizji świata, staje się bardziej niecierpliwy, rozkojarzony, traci umiejętność skupienia. Jest bombardowany tysiącem nieskoordynowanych, często zbędnych informacji, których nie potrafi weryfikować i z których nie umie korzystać. Zaburza to rozwój jego osobowości, powoduje bezrefleksyjność w działaniu, wpływa na postawy wobec przyszłych poważnych problemów życiowych, deformuje jego estetyczne i etyczne wybory, w końcu niszczy jego umiejętność poprawnego wypowiadania się.

To „umiłowanie” natychmiastowości, tego „teraz” i „już”, których uczą media, powoduje, że młody człowiek przestaje panować nad sposobem, w jaki się wypowiada. Mówi to, co myśli i jak myśli. Jego wypowiedzi są chaotyczne, nieskładne, nielogiczne, często są po prostu ubogie. Przeciętny młody człowiek ma niewiele do powiedzenia, a jeśli już, to zazwyczaj powiela zdanie innych, mówi to, co usłyszy w telewizji czy przeczyta w Internecie. Natomiast swoje zdanie, swoje postawy i emocje ubiera w słowa: „fajne” lub „super”.

Język młodzieży a program nauczania języka polskiego

Swoje doświadczenia językowe zdobyte za pośrednictwem Internetu i telewizji, młodzież przenosi do szkoły, także na lekcje języka polskiego, gdzie z powodu „braku czasu” zamiast zostać skorygowane, pozostają one często nawet niedostrzeżone bądź po prostu przemilczane przez nauczyciela. Przepełnienie klas, napięty program nauczania, nierzadko brak chęci czy dobrej woli ze strony nauczyciela – to wszystko powoduje, że NIE MA on indywidualnego kontaktu z uczniem.

Ponadto, minęły już niestety czasy, kiedy polonista wymagał od swoich uczniów pisania problemowych wypracowań po każdej omawianej lekturze, surowo egzekwował je od każdego ucznia, skrupulatnie i z zaangażowaniem je sprawdzał, a następnie omawiał na forum klasy oraz indywidualnie z każdym wychowankiem. A to wszystko z wyżej wymienionych powodów.

Dzieci nie uczą się od najmłodszych lat edukacji szkolnej tworzenia własnych tekstów, a jeśli już takowe piszą, nie są one należycie sprawdzane. W związku z tym w starszych klasach mają problemy z dłuższymi formami wypowiedzi. W ogóle temat wypracowań spychany jest na dalszy plan w pracy dydaktycznej z uczniem. Prawie nie zdarzają się klasówki w formie dwugodzinnych wypracowań, a ambitniejszy nauczyciel, który się na to „porwie”, jest uważany za „czepiającego się i szukającego dziury w całym dziwaka”.

Nauczyciele nie zadają też tego typu zadań, czy choćby krótkich wypracowań. Uczniowie nie mają więc okazji „wyrobić sobie” swojego warsztatu pisarskiego, nie wiedzą, jak logicznie prezentować argumenty, by rozwiązać postawiony w zadaniu problem. Braki, które narastają poprzez taki stan rzeczy, rzutują na ogólny poziom indywidualnego wykształcenia ucznia.

W szkole królują testy, a cała nauka na poszczególnych szczeblach kształcenia nastawiona jest na to, by nauczyć ich rozwiązywania. Już od pierwszej klasy szkoły średniej uczy się podopiecznych, by potrafili pisać tak, jak przewiduje klucz odpowiedzi do pytania otwartego matury pisemnej. Taki uczeń z góry zakłada, że nie będzie przyswajał sobie tych wiadomości, które nie będą wymagane na egzaminie.

Książka kształtuje język

Nie od dziś wiadomo, że czytanie podświadomie wyrabia umiejętność poprawnego, a co za tym idzie pięknego mówienia i pisania. Im więcej człowiek przeczyta, tym więcej ma do powiedzenia, im więcej „napatrzy” się na tekst, tym łatwiej przychodzi mu pisanie własnych tekstów i radzenie sobie z trudnym skądinąd naszym ojczystym językiem polskim.

Niestety, młodzi uważają czytanie za stratę czasu. Rzadko kiedy zasiadają oni do lektury jakiejś interesującej książki, gdyż w Internecie czy telewizji znajdą ciekawsze i atrakcyjniejsze obrazy, które silniej i szybciej oddziałują na nich, niż tekst. Wolą oglądać obrazki, zdjęcia i inne semiotyczne wizualizacje tekstu. Jest to szybsze, przyjemniejsze, niepobudzające zbytnio do działania umysłowego – słowem – podane na tacy.

W taki właśnie sposób zbudowane są również współczesne podręczniki szkolne. Więcej jest w nich obrazków, niż tekstu, który uczeń powinien zrozumieć, właściwie zinterpretować i wyciągnąć z niego najważniejsze informacje. Taka praca z tekstem pozwoliłaby mu być AKTYWNYM i zdolnym do rozwiązywania określonych problemów.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Teksty publicystyczne i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „Małgorzata Kubicz: Współczesna edukacja a język młodzieży

  1. ALEX pisze:

    MOŻECIE DAĆ KONKRETNE PRZYKŁADY KRÓTKIE I NA TEMAT: )

    • Paweł Pomianek pisze:

      Szanowna Pani,
      niestety cykl jest już dawno zamknięty, artykuły były pisane kilka lat temu. Programy edukacyjne ewoluują, więc nawet nie wiem, czy teraz te teksty byłyby aktualne. Autorka już nie pisuje dla Językowych Dylematów. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zaprosić do korzystania z tego, co jest.

      Łączę wyrazy szacunku.

  2. Aleksandra pisze:

    Tekst sprzed trzech lat, ale poczułam się w obowiązku odezwać – nie można powiedzieć, że w szkołach się wypracowań nie pisze. Może moja była wyjątkowa, ale wypracowania, najczęściej dotyczące lektur, były zadawane co tydzień-dwa, a dwa razy w semestrze pisaliśmy na lekcjach. Problemem było to, jak podchodził do nich nauczyciel – sprawdził, zaznaczył błędy, wpisał do dziennika ocenę i ustalił termin poprawy – najczęściej bez omówienia, bez wyjaśnienia dlaczego zdanie/zwrot jest błędem, czasem zbywając pytania uczniów „to miałeś w gimnazjum/podstawówce, powinieneś wiedzieć”. Tylko że w podstawówce i gimnazjum gramatykę i ortografię traktuje się po macoszemu. O interpunkcji szkoda mówić, bo często ogranicza się do „postaw przecinek przed „. Zamiast nauczyć dziecko czegoś, co rzeczywiście się przyda, co jest ważne, powtarza się wiersze. Nie twierdzę, że nie są ważne, ale przy nadmiarze materiału rezygnuje się z nauki języka, co jest dużo ważniejsze niż omówienie kilkunastu nowych wierszy. Ale wiersze na teście będą, a pytanie o gramatykę już nie. Tylko pytanie czy lekcje języka polskiego, dalej powinny się tak nazywać, skoro o języku się na nich niewiele mówi.
    Maturzystka 2010

  3. Pingback: Internet – wielką czy małą literą | Językowe dylematy

  4. Pingback: Z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego. Dlaczego cenię język polski? | Językowe dylematy

  5. Oto roztrzygnięcie sporu na temat słowa INTERNET:
    „http://ortografia4.appspot.com/wiki/Dyskusja:Internet”.

  6. polonista pisze:

    Emil,
    Myślę, że jeszcze możesz zostać nauczycielem 🙂 Życie wykręca nam różne numery. Ja też nie planowałem być belfrem, ale po polonistyce dziś nie ma większego wyboru. Jednakże życzę jak najlepiej.
    Co do wypracowań szkolnych masz rację – powinny być. Tylko dlaczego nie na ocenę? Tu jest dylemat taki: nauczyciel polonista musi mieć w dzienniku komplet ocen różnych rodzajów (odpowiedzi ustne, pisemne, aktywność, sprawdziany, wypracowania, recytacja itp.), dlatego, jak już coś zadawać uczniom, poświęcać swój czas na poprawę i wskazanie błędów, należy zwieńczyć to oceną. Uczniowie również inaczej zadanie, za które dostają ocenę. Ocena jest dla nich zapłatą za wykonaną pracę. Wypracowanie nieoceniane byłoby regularnie olewane, pisane byle jak, na odczepnego. Dla co ambitniejszych uczniów ocena jest jeszcze ważna, starają się.
    Tu pojawia się problem ściągania gotowych prac z internetu. Nie unikniemy tego, ale przecież współczesny nauczyciel nie jest głupi – internet zwykle ma. Wystarczy czasami wpisać w Google jedno zdanie wyjęte z wypracowania ucznia i pojawia się cały tekst 🙂 Sam bardzo często tak robiłem, gdy tylko nie podobało mi się cokolwiek w jakiejkolwiek pracy. Parę razy się tak zdarzyło: słaby uczeń zadania na lekcji wykonujący z wielkim trudem, w pracy domowej okazuje się wielkim erudytą. To widać od razu. Delikwent szybko dostał 1 na szynach, postraszony na forum całej klasy, jak największy zbrodniarz, ze skruchą przyznał się do błędu, przeprosił. Solidne kazanie na temat plagiatów zamknęło sprawę.
    Myślę, że to, niestety, jedyne dziś wyjście. Zadawać wypracowania, oceniać, ale robić to często przy włączonym komputerze, wszelkie przejawy ściągania stanowczo piętnując.
    Drogi Pawle,
    Myślę, że byłbym w stanie sporządzić taki artykuł, tylko zastanawiam się po co? Dyskusja nad tym, co zrobić z Polską szkołą, po „cudownej” reformie oświaty, trwa dokładnie od dnia wprowadzenia owej reformy. I niewiele z tego wynika. Myślę, że mój głos byłby głosem niemowy wołającego na puszczy. Nie posiadam ani autorytetu w tej dziedzinie, ani konkretnej, jednej propozycji, która mogłaby być przez kogoś zauważona i doceniona. Widzę jedynie, co dzieje się źle, bo wyczuliłem się na pewne sprawy. Widzę i zwieszam głowę z ubolewaniem. Jako nauczyciel musiałem dostosować się do wielu rzeczy, wyglądu szkoły, poziomu uczniów. Czasami wiele chciałoby się zrobić, ale po prostu nie było z kim…

  7. Ja się wypowiem nie z pozycji nauczyciela, którym chyba nie będę, ale – studenta filologii polskiej, którym jeszcze przez jakiś czas, przy dobrych wiatrach, będę.

    Zawsze wydawało mi się, że kto jak kto, ale student polonistyki z definicji powinien już na wstępie studiów operować językiem w taki sposób, by nie razić przynajmniej nieobeznanych w polszczyźnie. Trochę się rozczarowałem, kiedy czytałem niektóre wypowiedzi moich znajomych z roku. Nie wiem, być może poziom znajomości fizyki wśród studentów fizyki czy poziom posługiwania się językiem niemieckim wśród studentów germanistyki jest w podobnym stanie…

    Ja miałem to szczęście, że w podstawówce i liceum (jestem przedstawicielem ostatniego rocznika, który uczył się według starego systemu) pisaliśmy w każdym semestrze dwa lub trzy wypracowania na lekcjach i co jakiś czas kolejne wypracowania w domu. Nie lubiłem tego bardzo, ale chyba dzięki temu jestem w stanie sklecić parę poprawnych zdań na jakiś temat. Chociaż, jak każdy, wiele błędów popełniam i o doskonałości językowej mówić tu nie można.

    Gdyby wrócić do tych chwalonych przez nas wypracowań, pojawiłby się problem, którego kiedyś nie było – internet. I wcale nie mam na myśli problemu, czy pisać to małą czy wielką literą. 😉 Chodzi o to, że trudno byłoby zadać uczniom taki temat, by nie znaleźli gotowych tekstów w sieci. Myślę, że uczniowie uczą się nie tylko sprawnego wypełniania testów, o których wspomniała Autorka wpisu, ale także wyszukiwania informacji w internecie. Czynność skądinąd potrzebna w życiu, ale jeżeli to będzie fundament naszego wykształcenia, to daleko nie zajedziemy.

    Może dobrym wyjściem byłoby przekonanie uczniów do, na przykład, jednego wypracowania co dwa miesiące, które nie byłoby w żaden sposób oceniane (albo oceniane byłoby tylko nieoddanie go w terminie – jedynką). Nauczyciel potem tylko omówiłby prace albo indywidualnie, albo grupowo, wskazał najczęstsze błędy, poprawne rozwiązania itd. Zostałoby wcześniej powiedziane, że każdy niech napisze tak, jak umie, bez obawy o ocenę. Lepiej prosto, ale swoimi słowami, niż pięknie, ale sposobem kopiuj -> wklej -> drukuj. Inaczej niż przez lekturę i samodzielne pisanie nikt nie nauczy się pisać poprawnie. A to, co zaproponowałem, wydaje mi się ciekawym pomysłem. A przynajmniej wiem, że dla mnie by takim było, gdybym był jeszcze uczniem.

    I wiem także, że najwięcej dobrych rad dla nauczycieli mają ci, co nauczycielami być nie zamierzają (ja nie zamierzam), ale niech to będzie potraktowane bardziej jako moje niespełnione marzenie. 🙂

  8. Paweł Pomianek pisze:

    Piotrze,

    ależ nadal jesteś dla Czytelników bloga anonimowy. Toć niejeden polonista Piotr na świecie. Natomiast bycie anonimowym dla administratorów różnych stron, forów itd. to rzeczywiście fikcja.

    Dziękuję za wyłuskanie błędu. Okazało się, że chodzi o zupełnie inne zdanie, niż myślałem. Muszę wziąć dużą część winy na siebie, bo błąd, który bez problemu zauważyłeś, powinienem wyłuskać w czasie korekty. Być może zresztą sam w jakiś sposób tak przerabiałem zdanie, że wyszło tak, jak wyszło. Ale teraz jest już zgodnie z tym, co zasugerowałeś. To jest właśnie to wspólne budowanie się, korygowanie, uczenie, o którym pisałem. Ja akurat jestem zwolennikiem poglądu, że nie istnieją teksty w pełni „wyczyszczone”. Co do czepiania się… Na tym blogu również o to chodzi. Błąd był ewidentny, a Ty celnie go wskazałeś.

    A propos edukacji: powiem Ci, że nasze poglądy wręcz zaskakująco się w tej kwestii pokrywają. Sądzę zresztą, że i Małgorzata by się pod nimi podpisała. Myślę więc, że Twój atak na Autorkę był nieco zbyt ostry. Artykuł miał trochę inne cele. A ja jeszcze raz nalegam: czy byłbyś w stanie przygotować choćby trzy- czy czterokrotnie bardziej rozwinięty tekst na temat poprawy sytuacji w szkolnictwie od tego komentarza, który napisałeś? Zresztą, odezwę się na priva…

    Pozdrawiam!

  9. polonista pisze:

    A chciałem pozostać anonimowy 🙂 Cóż, ta cudowna moc internetu (będę go jednak z małej pisał) widocznie tu nie zadziałała. Już wyjaśniam:
    W pierwszym zdaniu podmiotem jest słowo świat (r. męski, l. poj.). W drugim zdaniu podmiotem domyślnym jest zaś młodzież, do której odnosi się określenie „jej”. I tu dwuznaczność: wszyscy niby wiedzą, że chodzi o młodzież, gdy piszemy „Media te zapanowały nad jej czasem wolnym, kreują jej relacje międzyludzkie…” . Błąd pojawia się wtedy, gdy słowo „jej” odniesiemy nie do młodzieży, tylko do obecnej we wcześniejszym zdaniu telewizji (forma „jej” może tak samo dotyczyć telewizji i młodzieży, ale „świata młodzieży” już nie). Proponuję, by brzmiało to na przykład tak:
    „Dzisiejszy współczesny świat młodzieży zdominowany jest przez internet i telewizję. Media te zapanowały nad czasem wolnym młodych ludzi, kreują ich relacje międzyludzkie, zainteresowania, gusta estetyczne, wpływają również na wybory postaw wobec rzeczywistości…”
    Ja wiem, że to czepienie się 🙂
    Po drugie, masz racje, jednakże w żywym artykule, mającym w tytule „język młodzieży”, widziałbym jakiś przykład owego języka, który doskonale udowadniałby postawione tezy. Nauczyciele mają mnóstwo takich przykładów, choćby owe sławny powiedzonka młodych ludzi w stylu „ale urwał”.
    Po trzecie również masz rację. Obserwuję to co dzieje się w szkołach od kilku lat, prowadzę korespondencję z uczniami, widzę dokładnie, jacy ludzie z roku na rok przybywają na uniwersytet. Wpływ mediów rośnie, poziom edukacji spada. Dla mnie są to rzeczy oczywiste, które widzę na co dzień. Ale nie każdy musi to dostrzegać, zwłaszcza rodzice.
    Po czwarte: kwestia pomysłu na rozwiązanie tej patowej sytuacji. Chciałbym mieć pomysł. Wiem, że należy przede wszystkim zrezygnować z gimnazjów, stworzyć dwuetapową szkołę. Pomysł z reformą z 1999 roku był chory i szkodliwy. Wpływu mediów ograniczyć się nie da, ale wpływ ten nie powinien powodować obniżania wymogów, jakie stawiamy uczniom w szkołach. Tymczasem z roku na rok lektur w szkołach ubywa, egzaminy są coraz bardziej banalne. W tym roku wyrzucono z gimnazjów „Syzyfowe prace”, książkę, którą jeszcze rok temu omawiałem szczegółowo z moimi uczniami. Owszem, uczniowie nie lubili tej pozycji, robili uniki, by jej nie czytać, ale czy to jest powód, by książkę wycofać? Zamiast przyciskać leserów, robić kartkówki i poprawki, odpytywać do skutków, lepiej oszczędzić sobie problemów. Tak samo z długimi pracami pisemnymi pisanymi przez uczniów przez 2 godziny. Nie będę siebie tu chwalił, może jestem dziwny, ale moi uczniowie pisali takie prace przynajmniej 2 razy na semestr. I powinni pisać! Bo jeśli nie będą, to jak mają nauczyć się wypowiadać własne zdanie i myśli. Papier jest cierpliwy. Dlaczego nauczyciele nie robią takich prac, nie wiem, może po prostu czytać w domu się nie chce…
    Myślę, że tak jak ryba psuje się od głowy, system edukacji psuje się od góry – od ministerstwa, poprzez kuratoria, aż po nauczycieli, którzy wymagają coraz mniej. Ale od tego stwierdzenia, do konkretnych pomysłów naprawy sytuacji daleko.

  10. Paweł Pomianek pisze:

    Piotrze,

    jestem ogromnie rad z Twojej obecności i zwracania uwagi na konkretne kwestie. Jako że część Twoich uwag to również uwagi do redagującego tekst i właściciela bloga, pozwalam sobie odnieść się do Twych uwag.

    Po pierwsze zdaje się, że masz rację co do pierwszego zdania… Nieco je przeredagowałem, ale i tak rzeczywiście ciągle można mieć wobec niego pewne zastrzeżenia. Mam jednak prośbę. W notce wstępnej pisałem tak:
    Zapewne będzie tak, że nieraz to Czytelnicy zwrócą piszącym na tym blogu uwagę, że należałoby pewne rzeczy napisać inaczej, w innym miejscu postawić przecinek lub użyć innego słowa lub małej, a nie wielkiej litery. Będzie to zapewne z pożytkiem dla wszystkich korzystających z tego bloga.
    Dlatego byłbym wdzięczny, gdybyś w kolejnych komentarzach był równie surowy, ale wyjaśniał konkretnie, o co chodzi w danym błędzie. Będzie to bardzo cenne.

    Po drugie: tekst dotyczy relacji pomiędzy językiem młodzieży a poziomem edukacji. Akurat Małgosia dopatruje się kłopotów z językiem młodzieży w: 1. zbyt dużym kontakcie z internetem i telewizją; 2. w złej edukacji, która ignoruje problem.

    Po trzecie: artykuł nie jest skierowany tylko (a nawet nie przede wszystkim) do pedagogów. To, co jest dla nich oczywiste, nie zawsze będzie oczywiste dla rodziców uczniów, którzy przecież coraz chętniej korzystają z internetu. Dla nich ten artykuł może coś wnosić. Gdyby był publikowany w specjalistycznym periodyku, można byłoby mówić, że to banały.

    Po czwarte: Internet pisze się ciągle wielką literą, gdy ma się na myśli światową sieć komputerową, bo to nazwa własna. Czasem naprawdę trudno te konteksty rozróżnić. Bo jeśli autorce chodzi o internet jako zjawisko, to w tym wypadku wielka litera jest uzasadniona. Choć ja rzeczywiście też wolę pisać internet małą literą – uważam, że tak jest bezpieczniej.

    Po piąte: nasze łamy są otwarte na teksty różnych nauczycieli (taka jest idea tego cyklu). Czy mogę więc liczyć z Twojej strony na „artykuł, dający propozycję, co z tym fantem zrobić”? Sądzę, że mógłby być bardzo ciekawy.

    Pozdrawiam!

  11. polonista pisze:

    Po czwarte i ostatnie: z jakiej racji wyróżniamy internet spośród innych mediów, pisząc go wielką literą?

    • a pisze:

      Ostatnio obserwuje się zaniechanie pisania słowa Internet wielka literą (i to w wielu pracach o charakterze naukowym). Wynika to pewnie z tendencji do ujednolicania jezyka polskiego. A dlaczego wielką literą? Bo Internet jako idea jest jeden, tak jak jeden jest Jan Kowalski.

  12. polonista pisze:

    Po pierwsze, dziwnie czyta się tekst polonistki, w którym już przy pierwszym zdaniu pojawia się znany z gimnazjów błąd stylistyczny. Po drugie, tekst raczej nie traktuje o języku młodzieży, a o poziomie kształcenia na lekcjach języka polskiego. A że ten poziom jest z roku na rok coraz niższy, program nie uczy myślenia, ani wypowiadania się, wśród pedagogów jest rzeczą oczywistą. Widziałbym raczej artykuł, dający propozycję, co z tym fantem zrobić, bo póki co jest to niestety powtarzanie banałów. Źle się dzieje w szkole polskiej.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *